Święty przybywa do miasta, święty w osobie samego Jamesa Lone – jednego z nielicznych, którym udało się wywalczyć paszport na księżyc. A cel tej wizyty jest niepokojąco tajemniczy i daje początek zaskakującym wydarzeniom.
SAIN HAS COME / WITHIN OUT OF
Naszym bohaterom dni mijają leniwie. Streetball przy użyciu bigfootów został zakazany, wszędzie pełno policji, nie zostaje nic innego jak siedzieć w domu (w przypadku Dana w przyczepie Miyuki) lub wziąć się za robotę – dług sam z siebie się nie zmniejszy. Flora zaaklimatyzowała już w pełni do życia w mieście i całkiem dobrze sobie radzi. Jak na księżniczkę zdaje się całkiem rozgarniętą i nierozpieszczoną osóbka. Ma też talent do znajdywania się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Tym razem spotkała kolejnego przybysza z księżyca – tajemniczego seledynowowłosego towarzysza Jamesa – Slasha. A Dan, jak to Dan, pakuje się głową naprzód w kolejną ‘pułapkę na niedźwiedzie’. Tym razem dostarczył klientowi dość ciekawy ładunek: piłkę do streetballa, i z miejsca został poproszony o mecz (choć słowo „poproszony” trochę tu nie pasuje). Jego przeciwnikiem jest kolejny znany zawodnik basketballu – Falcon. Mecz kończy się dla Dana porażką, a na dodatek skuciem kajdankami.
Haruka postanawia załatwić sprawę zakazu bigfootowego streetballu swoim urokiem osobistym. Niestety dla niej, w ratuszu spotyka Jamesa. Okazuje się, że znają się całkiem dobrze, nie tylko na stopie oficjalnej ;] Wyjaśnia się też cel jego wizyty. Mianowicie James ma zamiar przejąć rozgrywki streetballu w mieście i narzucić im własne zasady. Pierwszą zasadą są eliminacje do ligi. Tylko ci, którzy przejdą eliminacje, będą mieli prawo grać w streetball w Rollingtown. A wszystko to po to, by wbić ostatni gwóźdź w trumnę ziemskiego bigfootowego streetballa.
Eliminacje idą sprawnie, wiele osób je przechodzi w tym Flora, która pod okiem Coco uczy się grać w koszykówkę, oraz Sela, która zwęszyła okazję na złapanie jakiegoś nowego „dawcy genów”. Jako wisienkę na torcie publiczność dostaje pojedynek Dana z Falconem. Ciężko idzie naszemu bohaterowi – ma szybkość i zwrotność, ale spotkał kogoś z niesamowitą techniką, kto potrafi przewidzieć jego ruchy. Chciałoby się powiedzieć „kończ waść! wstydu oszczędź!”, bo Dan trafił na przeszkodę nie do przebycia. Z opresji „wyciąga” go Iceman, który wcześniej już obserwował Falcona i chyba zapragnął mieć z nim na pieńku – całkiem możliwe, że panowie znają się już z przeszłości.
Falcon, Iceman i Dan przechodzą eliminacje, choć Dan ma do siebie po eliminacjach sporo zasłużonych pretensji. I nie do końca jest zdecydowany. Niezdecydowanego Dana James kusi czekiem na niebagatelną sumę niebagatelnego długu naszego bohatera. Jednakże ten, jako rasowy opornik z połową mózgu, rwie czek w drobny mak;] Choć na propozycję góry „świecidełek” oraz paszportu na księżyc reaguje już z większym opanowaniem i mniejszą rezerwą, jednak ciągle nie mówi „tak”
Ogół spraw nie wygląda ciekawie: w telewizji reklamy, na ulicach aresztowania, a James kupuje niezdecydowanych, by ukrócić wszelki opór.
Dan ma naprawdę ciężki orzech do zgryzienia i tym razem nie wystarczą niesamowite zęby Spankiego vel. „cane opener”. Czy sprzedać się za pieniądze i grać dla Jamesa? Zaprzedać wszystkie swoje ideały dla szansy wysłania Coco na leczenie na księżyc? Na początek postanawia dać jeden z diamentów dla Coco. Po drodze natyka się na Slasha, który zdaje się rozumieć relacje między rodzeństwem lepiej od samego Dana, ale to nie jest trudne ;] Choć i nasz głupek zaczyna w końcu coś pojmować. Głęboka scena i głębokie przemyślenia są uwieńczone iście epicką puentą ;]
Haruka upija się w barze w złości na Jamesa, a w tle Sela trafnie podsumowuje zamiary „człowieka z kończynami boga” patrząc na skład drużyny złożonej z samych gwiazd BFB. Po chwili do baru przybywa wspomniana drużyna, z Falconem na czele, otoczona wianuszkiem pięknych kobiet. Wiele nie trzeba, by wybuchał bijatyka na cały klub. Gra muzyka, stoły latają, kociaki tańczą na scenie, a Haruka wpatruje się w Sele z dziwnym wyrazem twarzy.
Dan po nocy wraca do domu, a dokładniej do Coco, ale ostatecznie rezygnuje z zamiaru zapukania w drzwi jej pokoju. Za to postanawia przespać się wreszcie na starych śmieciach, zajętych przez komornika w ramach spłaty długu, gdzie Spanky standardowo, w odruchu psa Pawłowa, przykleja się do akwarium chcąc zjeść rybki. Właśnie, skoro pokój tak długo był zamknięty to dlaczego rybki ciągle żyją? Coco, pomimo całego swojego dystansu okazywanego Danowi, jednak o nim myśli i dba na swój sposób. Stanowczo za wiele myślenia ostatnio dla naszego głupiego głównego bohatera.
Zaczyna się mecz drugiej części eliminacji. Jak okazuje się wszystko w nazwie „Open City Basketball” jest kłamstwem bądź niedomówieniem. Ograniczeń i reguł jeszcze więcej niż w BFB, a stricte wyznaczony plac gry zdaje się zaprzeczać „Open City”. Streetballowi gracze duszą się w tych regułach gdy pro-gracze czują się wyśmienicie. James chce zamienić to co znamy do tej pory w nudny jak pogrzeb basketball, który tylko formalnie rozgrywa się na ulicy. Szczęściem na scenę wkracza Dan. Misternie przygotowane przez Jamesa przedstawienie idzie w cholerę, od tej pory nie obowiązują już zasady. James obserwuje to wszystko z okien ratusza i postanawia nie reagować, jednak Haruka nie daje mu wyboru. James jak i Dan udzielają odpowiedzi, a Coco się uśmiecha – naprawdę ładnie :]
Bohaterowie muszą uciekać z miasta.
Podsumowując.
Już siedem epizodów za nami, a te dwa tworzą razem całość zamykając pewien etap Basquasha! Grafika ciągle trzyma poziom, ciągle mamy masę świetnych efektów i bardzo dynamicznego streetballu. Przy statycznych, mało ważnych ujęciach, daje się zauważyć pewne uproszczenia w kresce, ale ważniejsze sceny nie tracą na jakości. Do tego animatorzy nie szczędzą na filtrach i wiele kadrów wygląda przecudnie.
Pierwszy epek jest spokojniejszy, ale za to zawiązuje dość ważny fabularny wątek. Widzimy też przeniesienie ciężaru uwagi z jednych postaci na inne. I chyba wychodzi to serii na zdrowie, bo nadmiar perwersyjnej Seli szkodził. Za to trochę mało Miyuki ostatnio – choć często przewija się na ekranie, to zdaje się grać drugie skrzypce. Jednak mnie brak wątku romantycznego cieszy, bo powoduje, że seria jeszcze w mniejszym stopniu wygląda na sztampową. Choć trudno być pewnym, że takiego wątku nie będzie. Ja osobiście mam jednak nadzieję, że autorzy z niego zrezygnowali, przynajmniej jeśli o Dana idzie, bo z chęcią zobaczę kogo Sela wybierze na „dawcę genów”. Flora wyłamała się dość mocno z ‘księżniczkowego’ schematu – przyznam, że początkowo miałem co do niej spore wątpliwości, ale z czasem bardziej ją polubiłem. Coraz więcej Icemana, a im go więcej tym ciekawszy się wydaje. Tuż przed walką z Falconem sprawiał niesamowite wrażenie. Co przedtem potrafił wyglądać na zimnego sukinkota, to teraz przeszedł samego siebie. Sporo bohaterów drugoplanowych – mało jest anime, gdzie przewijają się w takiej ilości i na dodatek są wyraziści. Nie można też zapomnieć o zwierzaczkach (kto podejrzewał, czym są okulary Icemana – od dziś znane jako „chewy lizards”? ;]). Zwierzaki zasługują moim zdaniem na kilka słów, bo na pewno wnoszą sporo swoją obecnością do Basquasha. Spanky zdecydowanie wygrywa to anime, ale i „wąż” Seli ładnie uzupełnia się ze swoją właścicielką. Mam nadzieję, że z czasem poznamy bliżej morfujące się okulary Icemana.
No i drużyna wreszcie wyrywa się z Rollingtown. Moim zdaniem autorzy idealnie wybrali moment na zmianę scenerii, zanim ta zdążyła by się znudzić.
A jak odbieram samo anime? Bardzo dobrze – jedyna seria w tym sezonie, która naprawdę przykuła mnie do monitora. I jedyna z niewielu serii w ogóle, której odcinki oglądam po kilka razy i za każdym razem świetnie się bawię. Rozrywka w najczystszej, dynamicznej postaci, bez dłużyzn i zbędnych przyhamowań. I choć koszykówka jest ciągle na pierwszym planie, to nie mamy na szczęście do czynienia z anime sportowym: nie ma tu znanych (i szczerze przeze mnie znienawidzonych) motywacyjnych gadek, wewnętrznych monologów, długich opisów co kto robi, odcinków wypełnionych walką z sobą samym i przełamywaniem ograniczeń etc. Tu bohaterowie wiedzą co sobą reprezentują, a reprezentują dużo i to mnie cieszy. Dość mam anime z ciamajdami w rolach głównych. Tak więc z przyjemnością dalej będę śledził tą serię i dalej ją opisywał.


































28 lipca, 2009 o 20:32:39
Hmm… Właśnie zakończyłem „konsumpcję” 17-go odcinka i pomyślałem, że poczytam co sieć myśli o serii, której już przecież bliżej niż dalej do końca, a tu taaakaaa luka o_O Wilku gdzieś uciekło ci 10 odcinków ;p Czyżby redakcja zapomniała na najdynamiczniejszym, w mojej skromnej opinii, anime ostatnich dwóch sezonów??? Szkoda bo działo się przez te ponad 240 minut bardzo wiele. Niefajnie by było żeby Basquash popadł w zapomnienie ^^
[Odpowiedz]