Pandora Hearts 11
Witajcie. Nazywam się Gilbert Nightray, ale przyjaciele mówią mi Raven. Będę dzisiaj zastępował panicza Oza, bo chciałbym opowiedzieć troszkę o sobie. Jak wiecie, jestem osobą skrytą, więc proszę o wyrozumiałość. Zatem, wszystko zaczęło się bardzo dawno temu. Niektórzy twierdzą, że od Wielkiego Wybuchu. Potem wiele się działo, ale z uwagi na ograniczony czas, jaki mogę Wam poświęcić, przejdę od razu do rzeczy.
Jeżeli nie pogubiliście się w opowiadaniu panicza Oza, to powinniście wiedzieć, że spotkaliśmy niedawno tajemniczą postać – Vincenta Nightraya. Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa, Vincent to mój brat. Ale po kolei. Piętnaście lat temu na trawniku przed posiadłością rodziny Nightray znaleziono małego, rannego chłopca. Adoptowano go i nadano mu na imię Vincent. Pamiętacie, jak było ze mną? Niemalże identycznie, z tą różnicą, że znaleziono mnie przed posiadłością rodziny Bezarius. Pięć lat później, zaraz po feralnej ceremonii, podczas której Oz został wrzucony przez Kapturników do Otchłani, rodzina Nightray postanowiła adoptować i mnie. Tę wiadomość przekazał mi Break. Początkowo ostro się sprzeciwiałem, w końcu rody Bezarius i Nightray były postrzegane jako zaciekli wrogowie. Przechodząc na stronę Nightray zdradziłbym swoich dotychczasowych opiekunów, a także Oza. Jednak Break zasugerował, że mógłbym skorzystać z „mocy” rodziny Nightray i spróbować wyciągnąć Oza z Otchłani. Oczywiście, ta część też nie była specjalnie prosta. Miałem zostać szpiegiem, informować Breaka o planach Nightrayów, opanować Chaina Ravena… Te wszystkie informacje nieco mnie przytłoczyły, więc gdy Break zbyt gwałtownie do mnie podszedł, instynktownie go odepchnąłem. Jego zwykle elegancko zaczesana grzywka odsunęła się, odsłaniając pusty otwór po lewym oku. To była kolejna rzecz, jaką miałem zrobić dla niego, będąc członkiem rodziny Nightray. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to wszystko znaczy, ale zgodziłem się, w końcu jaki miałem inny wybór.
Spotkałem wreszcie swojego zaginionego brata, Vincenta. Małego blondyna o przerażających, dwukolorowych oczach, którego ulubionym zajęciem było rozpruwanie pluszowych zabawek. Wciąż nie pamiętałem niczego sprzed okresu spędzonego z Ozem, ale mimo tego dogadywaliśmy się z Vincentem całkiem nieźle. W końcu zapytałem go o Ravena. I, niestety, dostałem odpowiedź. Ród Nightray (jako jedyny z czterech rodów książęcych) w podziemiach swojej posiadłości ma Drzwi do Otchłani. To dzięki nim została założona Pandora – organizacja, mająca prowadzić badania nad Otchłanią i pilnować nielegalnych Kontraktorów. Za tymi Drzwiami spotkałem Ravena, Chaina o czarnych skrzydłach. I tak dochodzimy do sedna sprawy. Jeżeli udałoby mi się związać z Ravenem kontraktem, to przy pomocy Drzwi mógłbym stworzyć ścieżkę do Otchłani. Ścieżkę w obie strony, a to oznaczało uratowanie Oza.
Bezarius to światło. Nightray to mrok. Bezarius – bohater, Nightray – zdrajca. Zostałem więc zdrajcą, wkroczyłem na ścieżkę mroku, by odzyskać światło. Zostałem Kontraktorem Ravena. Zostałem Ravenem. Po dziesięciu latach wreszcie mogłem podjąć próbę odzyskania Oza. A resztę historii, moi drodzy, już znacie.













02 lipca, 2009 o 09:35:28
Naprawdę świetny opis, a zmienienie narratora okazało się słusznym krokiem. Jak zwykle wyszło świetnie.
Przyznam, że nieco wkręciłam się w świat Pandory. Pozorne podobieństwa do Shany na szczęście okazały się bardzo pozorne.
Historia zaczyna się robić coraz ciekawsza, nie ma zbędnych wydłużeń i mimo że Oskara nie dostanie to jest dość ciekawe, acz niepozorne anime. Dodatkowo muzyka jest b. klimatyczna (szczególnie gdy pojawia się B. Rabit), a wygląd postaci niesamowicie przypadł mi do gustu (szczególnie Gil i jego bro). Jedyne czego mogę się czepiać to ta grafika, a szczególnie kolorystyka. O ile zabawa z cieniami i pewne uproszczenia wypadają nieźle, nadając nieco oryginalności to te kolory kojarzą mi się z jedną opcji z programów graficznych, gdy podkręcamy kontrast na maksa.
Bohaterów czepiać się nie będę, bo wypadają pozytywnie i w miarę przekonywująco. Każdy ma swój schemat zachowań i postępuje wg niego, a nie tak jak wymaga tego scenariusz. Jedynie „światełko” Oz nieco przyświeca zbyt jasno i poraża swoją dobrocią, ale i to da się znieść bez większego zgrzytania zębami.
[Odpowiedz]
06 lipca, 2009 o 19:29:48
Dziękuję za miłe słowa
Aczkolwiek zmiana narratora była tylko eksperymentem, Oz domaga się uwagi od przyszłego odcinka :]
Co do opinii o serii to mam podobne wrażenia. Nie jest to jakiś szał, ale też nie dno. Ot, taka sobie całkiem przyjemna seria z sympatycznymi postaciami. I ma jeszcze szansę się rozkręcić.
[Odpowiedz]