Większość z anime, które mamy możliwość oglądać jest odwzorowaniem czegoś, co już wcześniej powstało. Naprawdę niewiele jest serii stworzonych z oryginalnego pomysłu twórcy siedzącego w studiu animacyjnym. Bo po co wytężać mózg, jak można zrobić z czegoś ładną adaptację? Gdy na japoński rynek wychodzi coś, co wzbudza zainteresowanie publiki, zaraz powstaje koncepcja przekształcenia tego w anime. Staje się to z prostej chęci zysku. Bo czemu by nie zaadoptować czegoś w wersję anime, jeśli dobrze sprzedało się w innej postaci? Spora część widzów, zwłaszcza tych z poza Japonii, nawet się nie zastanawia, na jakiej podstawie zostało stworzone oglądane przez ich anime. Widzą dobrą serię i nie bardzo obchodzi ich, jakie jest jej źródło. Jednak czasami warto zagłębić się w to, co się ogląda.
Mała lista serii, które mają swój pierwowzór w czymś innym:
- Bleach (manga)
- Naruto (manga)
- Baccano (light novel)
- Toradora! (light novel)
- Full Metal Panic (light novel)
- ef – a tale of melodies (visual novel)
- Bakemonogatari (light novel)
- Kanon (visual novel)
- Fate/stay night (visual novel)
- Ga-Rei -Zero- (manga)
Przeważnie anime powstaje oczywiście na podłożu mangi. Maga w Japonii jest bardzo powszechna i gdy konkretny tytuł coraz lepiej się sprzedaje, to zaraz studia animacyjne walczą o prawa do niego. Manga ogólnie zyskała sporą popularność w Japonii dzięki temu, że jest bardzo poręczna. Okazała się idealnym czasowym umilaczem podczas podróży w pociągu, metrze czy innym miejskim środku lokomocji. Japonia, jako kraj olbrzymie zurbanizowany, oferuje swoim mieszkańcom o wiele lepszy miejski transport, niż to ma miejsce w Polsce (Porównywać Polskę do Japonii.. heh…). Tam dostać się rano do pracy samochodem graniczy z cudem. Dlatego taki przeciętny japończyk siedząc sobie w pociągu zamiast się nudzić, woli wyciągnąć i poczytać mangę.
Poza mangą studia animacyjne poszukują ciekawych kąsków w nowelach, czy grach komputerowych lub konsolowych. Nowele stały się w Japonii dość nietypowym rodzajem książek i przybrały nazwę light novel. Zdarza się, że poza suchym tekstem zawierają ilustracje przedstawiające niektóre sceny, a ich okładka robiona jest w stylu znanym nam z mangi, czy anime. Do tego przeważnie charakteryzują się epizodycznym wydawaniem w tomach po około 250 stron. I tak jak manga miały służyć, jako lekarstwo na nudę podczas jazdy pociągiem. Mimo, że nie cieszą się takim powodzeniem jak manga, to z roku na rok przybywa tytułów i adaptacji na ich podstawie. Co do zwykłych książek to ciężko mi przytoczyć konkretne przykłady adaptacji. Raczej tworzone są na ich podstawie filmy z żywymi aktorami. Pewnie głównie dlatego, że zwykłe książki kierowane są do starszej grupy ludzi, a anime mimo wszystko tworzone są raczej dla publiczności w młodym wieku.
Jeśli chodzi o gry, to całkiem sporo anime zostało stworzonych na ich podstawie. Chyba najwięcej na podstawie wszelkich visual novel, czyli gier, w których klika się jeden klawisz i czyta przewijający tekst. Brzmi nudno? A wcale takie nie jest! Naprawdę warto kiedyś spróbować. Jednak anime jest robione także na podstawie gier typu rpg (Valkyria Chronicles), akcji (Devil May Cry) i innych.
Takie oglądanie anime, które powstało na jakiejś tam podstawie może nasunąć widzom ważne pytanie. Czy warto poznać oryginał? Wiadomo jak to często jest z tworzeniem adaptacji. Weźmy na przykład Harrego Pottera. Ci, co czytali i są gorącymi fanami przygód o młodym czarodzieju, przeklinali powstałe później filmy. Bo to ważne scenki powycinane, bo ja sobie to inaczej wyobrażałem… itp. itd. Tak samo może być w przypadku anime. Emisja Endless Eighta, który już przez 7 odcinków pokazywał to samo, na pewno zmusiła masę fanów do chwycenia za nowelę, bo już nie mogli zdzierżyć tego trolla. Jednak tak jak nowele można dość dokładnie odwzorować, tak z grami typu visual novel może być dużo trudniej. Chociażby ze względu na różne ścieżki, które może obrać gracz. Dlatego myślę, że warto czasem zapoznać się z oryginałem, bo a nóż bardziej się spodoba.
Z drugiej jednak strony dochodzi do tego, że gdy powstaje animowana adaptacja, fan oryginału nie jest w stanie jej obejrzeć. Tak jak Potteromanicy, tak fani jakiejś tam mangi porównują ją do anime, cały czas wyszukująca jakichś różnic, czy niedociągnięć. Przy tym zatracają jakąkolwiek przyjemność z oglądania serii. Mało tego. Usilnie namawiają innych, by zapoznali się z oryginałem, bo adaptacja to straszny shit, który w ogóle nie powinien powstać. Może i jest w tym trochę racji, ale ja wychodzę z założenia, że gdy tworzone jest anime na podstawie czegoś tam, zadaniem animatorów, reżysera i całej ekipy jest przedstawienie opowieści tak by była ona najbliższa oryginałowi. A jeśli wprowadzają jakieś zmiany to są świadomi, że mogą się one nie spodobać, a wtedy sporo na tym stracą. Jeśli natomiast fani dobrze je odbiorą, to brawa im za dobrą robotę. Bo nie sztuką jest odwzorować coś, co już powstało, ale stworzyć, coś oryginalnego (np. Fullmetal Alchemist).
Pisałem wcześniej, że warto poznawać oryginały, choć ja sam raczej z dystansem do nich podchodzę. Głównie przez ich małą dostępność. Tak jak łatwo zaopatrzyć się w anime, tak z mangą, nowelami i grami jest dużo gorzej. Pewnie myślicie sobie, co ja za głupoty pisze? W Internecie przecież nie problem znaleźć jakąkolwiek mangę. Niestety ja nie odczuwam żadnej przyjemności z gapienia się w monitor i przewijania stron. Manga powinna być na papierze i jak tylko wychodzi w Polsce jakiś dobry tytuł, to staram się w niego zaopatrzyć. Jeszcze trudniej jest z grami, bo te najczęściej nie wychodzą poza Japonię i problem jest ze znajomością języka. Ja niestety nie umiem czytać krzaczków, a grup tłumaczących takie gry jest bardzo niewiele. Nowelek też raczej nikt nie chce tłumaczyć. Dlatego często wychodzę z założenia, że nawet jeśli wyjdzie jakieś cudo w postaci gry, mangi, czy noweli, to prędzej czy później zostanie ono zaadoptowane w anime. Mi pozostaje tylko mieć nadzieję, że studio, które się nim zajmie, dołoży wszelkich starań, by jak najlepiej je odwzorować.






05 sierpnia, 2009 o 20:33:21
Zdecydowanie warto zapoznać się z oryginałem. Gorzej jest, gdy najpierw znamy oryginał. W drugą stronę jest łatwiej, bo zazwyczaj dostajemy więcej/ciekawiej/fajniej/poważniej. Niestety gdy znamy już to, na podstawie czego będzie powstawała nowa produkcja, to tak różowo już nie jest.
W przypadku gier (ero/rpg/whatever) jest w miarę (choć też zdarzają się faile jak „Chaos;Head”). Łatwiej wyciągnąć z VN określoną ścieżkę i na jej podstawie zrobić grę. Mamy na to masę przykładów od Fate/Stay Night począwszy, poprzez Utawarerumono, na Shuffle! skończywszy. Zazwyczaj dostajemy odważniejsze produkcje (poza wycięciem hentaiowych scenek klimat jest dość wiernie zachowany) z pewną dozą brutalności lub ecchi z pierwowzoru.
Za to dużo gorzej jest w przypadku adaptacji mang. Ostatnie lata twardo utwierdzają mnie w przekonaniu, by nie tykać adaptacji mang seinen i z dystansem podchodzić do shounenów. Seinen strasznie tracą, bo ostatnimi laty nie ma na nie za dużego popytu wśród telewidzów, więc są przerabiane na shouneny przy okazji przechodząc proces totalnego często odmóżdżenia, spłycenia i wywalenia wszystkiego za co się dany seinen ceniło (vide. Kurokami – kto zna mangę ten wie o czym piszę)
Shouneny mają się lepiej i są wierniej adaptowane, ale akurat z nimi mam mało do czynienia, bo ledwo przy mangach wytrzymuję więc pewnie anime by mnie zabiło
Ogólnie mangi w 99% są lepsze bądź nawet o wiele lepsze od swoich animowanych następców, a czasy Akiry oraz GitS-a bezpowrotnie minęły.
Co do dostępności. Adaptowane gry są zazwyczaj dobrze dostępne F/S-N, Utawareru, ToT, Shuffle! i cała masa innych gier jest jak najbardziej dostępna w zjadliwym języku (eng.) dzięki tłumaczeniu fanów lub różnym sprytnym programom.
Mangi też świetnie się miewają; jest wiele przetłumaczonych skanlacji łatwo dostępnych (relatywnie łatwo). Jak ktoś nie lubi gapić się w monitor to niestety ma problem
Najgorzej chyba miewają się LN – przyznam szerze, że nie interesowałem się nigdy tematem z uwagi na strasznie słabą dostępność przetłumaczonych powieści. A dobrych anime z tego poletka jest sporo; dla przykładu: Mushishi, Spice and Wolf, Yukikaze, Blue Submarine No 6, Crest of the Stars, Toradora, wspomniana już Haruchi i wiele wiele innych. Tak więc tu chyba najwięcej tracimy na braku dostępności i za razem ten brak jest największy.
Reasumując: gdy uwielbiamy jakąś mangę i usłyszymy o jej ekranizacji – nie cieszmy się za bardzo; duża doza ostrożności mocno zalecana. W przypadku lubianej gry można być już spokojniejszym.
Gdy jest w drugą stronę, to w 99% można śmiało sięgać po pierwowzór lubianego anime.
Btw. szykują się kolejne adaptacje; poza wymienionym w notce wcześniej Deadman Wonderland (którego będę bał się tknąć, bo manga to miejscami krwawy seinen i aż strach co twórcy anime mogą z tym zrobić) mamy jeszcze:
Dance in the Vampire Bund – nie znam mangi i nie chcę znać, bo chcę spokojnie zapoznać się z adaptacją (Shaft ją robi)
Alive – The Final Evolution – znam i lubię mangę, nie chcę znać adaptacji
[Odpowiedz]
06 sierpnia, 2009 o 11:35:59
Deadman Wonderland to shonen
I nie ważny ze jest krwawy i mroczny, jest wydawany w magazynie wydającym mangi shonen, magazynem w związku z tym kierowanym w grupę wiekową 12-17/18 lat
Podobnie jest z Claymorem, ale to taka ciekawostka.
U mnie z adaptacjami jest w zasadzie wszędzie tak samo. Gier przed anime że nie tknę jestem praktycznie pewny. Większość adaptowanych gier to hermetyczne tytuły często nie wydawane poza japonią. Więc poza nią stają się (powiedzmy) znane gdy anime zyska jakąś tam sławę. Nie mówiąc już, że miażdżąca przewaga z nich to porty konsolowe, a ja niestety żadnej nie posiadam
Mang sam z siebie czytam w zasadzie mało, mam kilka ulubionych tytułów które śledzę, co jakiś czas zaczynam nowe, ale nie jest to w takim stopniu w jakim oglądam anime. Więc już wielokrotnie zdarzyło mi się zatrzymać w czytaniu mangi, by nie spojlerować sobie anime.
Co do nowelek. To jasne, wykupiłbym wszystkie indexy, shany, haruhi, regiosy i przede wszystkim Spice and Wolf. Ale polskich wydawców nie ma. A sprowadzać z amazona za zapewne 3 krotną wartość samej książki średnio mi się opłaca. Pomijając że nie wszystkie nawet mają tez angielskich wydawców. Więc tutaj, chcąc nie chcąc pozostaje mi anime.
Są jeszcze niby tłumaczenia, ale książka czytana na monitorze? C’mon, to nie to samo, i po za tym po średnio 20 minutach oczy wyłażą mi z orbit i błagają o odpoczynek.
Co do Visual Novelek, odpowiedź brzmi w moim powyższym zdaniu. Me oczy czytając ciąg liter na moim monitorze wołają o zemstę nad tym, który tak je męczy. Może to wina starego monitora? Nie wiem, i w najbliższej przyszłości na pewno się nie przekonam.
[Odpowiedz]
07 sierpnia, 2009 o 12:00:58
ciekawiej jest gdy na podstawie anime powstaje manga, bo to chyba się też zdarza ale rzadziej.
Co do adaptacji, chyba jak większość w przypadku fate stay night najpierw sięgnąłem po anime. Podobało mi się bardzo. Zacząłem szukać dodatkowych informacji i dowiedziałem się o grze. Gdy skończyłem całą grę nasuną mi się jeden wniosek. Anime jest średnie. I to nawet bardzo. Może w porównaniu do innych anime jest lepsza ale względem gry odpada.
[Odpowiedz]
07 sierpnia, 2009 o 18:24:50
Kaziu, Valkyria to nie jest RPG. To połączenie strategii w stylu Laser Squad czy taktycznej części UFO ze strzelaniną, dowolnym TPP (masz punkty ruchu jak w wyżej wspomnianych grach, ale odbywa się on w czasie rzeczywistym), a i trochę skradanki się znajdzie.
[Odpowiedz]
07 sierpnia, 2009 o 23:42:49
Czerpałem z wikipedii (http://en.wikipedia.org/wiki/Valkyria_Chronicles).
[Odpowiedz]
08 sierpnia, 2009 o 13:08:33
Szcze mówiąc niegdy nie zdarzyło mi się sięgnąć po anime, znając już to cuś, czego jest adaptacją. Dopiero potem poznawałem oryginały a i to bardzo rzadko. Muszę jednak przyznać, że oryginał to zawsze wyższy poziom. Na przykład anime, które bardzo lubię, jak FMA, Dragon Ball, Bleach czy nawet Death Note, są znacznie słabsze niż mangowe oryginały. Dragon Ball jest zbyt porozciągany, Bleach zbyt pozapychany syfem. Trochę inaczej ma się sprawa, gdy tak jak pierwsze FMA adaptacja jest mocno zmieniona względem oryginału. Może więc źle się wyraziłem mówiąc że tamto FMA jest znacznie słabsze od mangi. Jest bardzo fajne ale jest całkiem inne. Death Note doczekał się świetnej adaptacji na anime tyle że niestety część z Nearem i Mello leci już w wersji animowanej troszkę po łebkach. To chyba jednak jedyny minus anime względem mangi w tym przypadku. Co do anime na bazie gier, to po oryginał sięgnąłem jedynie w przypadku F/SN ale nie bardzo mogę powiedzieć co mi się bardziej podoba bo bardzo mało z tej gry ugrałem. Jakoś nie miałem zapału (nie bij Obik ^^’).
Tak jak napisał Obik ciekawie jest też, gdy to manga powstaje na bazie anime. Na przykład mój ukochany Evangelion. Manga jest świetna, ale oryginalne anime imo bije ją na głowę. Podobnie taki Slayers. No i w sumie Cowboy Bebop z tym że manga to w jego wypadku nie tyle inna wersja anime, co jedynie dodatek do serialu.
W każdym jednak przypadku oryginał zawsze jest imo lepszy. I nie tylko w przypadku M&A. Na przykład ja uwielbiam Władcę Pierścieni. Przygodę z nim zacząłem jednak trochę od pleców strony bo od filmu. I ten film to mój numer dwa ever. Wciąż jednak nie ma co się równać z książką, która jest imo mistrzostwem. I tak jest zawsze, zawsze oryginał stoi moim zdaniem na wyższym poziomie niż jego, nawet bardzo udana, adaptacja.
Wracając jeszcze do anime na bazie gier to warto wspomnieć o Pokemonach ^^ Jaki jest serial wszyscy wiemy ale gry są po prostu mega, są uber, są boskie ^^
[Odpowiedz]