Porzućcie wszelką nadzieję…
…wy, którzy oczekiwaliście na jakieś odpowiedzi. Kolejny czapter, kolejna historyjka. Tym razem skupiająca się na dwójce służących – Shannon i Kanonie, a także na George’u i jego miłości do tej pierwszej oraz Jessice i jej miłości do tego drugiego.
W telegraficznym skrócie: Shannon podkochuje się w George’u, jednak doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, iż taki związek nie miałby prawa bytu. Nieoczekiwanie dostaje od Beatrice propozycję: wystarczy że pozbędzie się pewnego artefaktu który uniemożliwia wiedźmie powrót do pełni sił, a ta w zamian zapewni jej szczęśliwą przyszłość z Georgem. Ponadto dowiadujemy się, iż Jessica jest astmatyczką, lubi kastety i podkochuje się w Kanonie, a Kanon z kolei jest angstującym emo-boyem. No i ta Beatrice, która (jak zwykle?) coś knuje…
Tak się właśnie zastanawiam jakim cudem to balansowanie między grozą i komedią wciąż wychodzi studiu Deen tak sprawnie. W jakiejś innej serii taki zabieg byłby po prostu nie do przyjęcia, tutaj natomiast łyka się go bardzo dobrze.
Poza tym przestaje dziwić fakt, że niektórzy z taką niezachwianą pewnością wierzą w istnienie Beatrice. W sumie gdyby moją szarą codziennością było częstowanie wiedźmy smakołykami przywiezionymi z podróży przy popołudniowej herbatce w ogródku, to pewnie też nie miałbym innego wyboru jak tylko uwierzyć. Mulder zapewne byłby w siódmym niebie, ale ciekawe co na to Battler… Tak czy siak, proponowane hasło na dziś: I want to believe! Niby to już było, ale jak widać nic nie straciło ze swej aktualności przez te wszystkie lata…
I na koniec drobny smakołyk – zmiana portretu Beatrice, który możemy oglądać w openingu. Muszę przyznać, że nasza wiedźma prezentuje się nader… czarująco w tym szkolnym mundurku i wysokich pasiastych skarpetach (uwaga dla znawców tematu – zettai ryouiki alert!).











