Bleach 250
Dawno, dawno temu, za lasami Rukongai, za wzgórzami Seireitei, żył sobie piękny młodzieniec. Ale dzisiaj już piękny nie jest. Chyba że ktoś ma dziwny fetysz. Ale mi nic do tego. Tylko pamiętajcie, że nekrofilia jest be.
Cofamy się kilkaset lat w przeszłość. Do czasów, gdy Soul Society nękane było przez zbuntowanych Shinigamich, a w szeregach szóstego oddziału Gotei 13 znajdował się członek rodu Kuchiki imieniem Kouga. Młodzieniec o wielkim potencjale bez trudu pokonywał kolejne zastępy rebeliantów, dzięki wielkiej mocy swego Zanpakutou – Muramasy. Jego dowódcą był ówczesny kapitan, Kuchiki Ginrei, który, mimo przyjęcia Kougi do klanu, traktował go z pewną rezerwą. Kouga rósł jednak w siłę i sławę, co nie podobało się niestety kilku wysoko postawionym Shinigamim. Uknuli oni plan, mający na celu wyeliminowanie Kougi i, przede wszystkim, jego potężnego miecza. Tak oto pewnego razu, po pokonaniu kolejnej grupy rebeliantów, Kouga został zaatakowany przez swych sprzymierzeńców. Broniąc się, zmaterializował Muramasę, który przejął kontrolę nad ich mieczami i wszystkich zabił. Na miejscu zjawili się spiskowcy a także Ginrei. Zdołał on nakłonić Kougę do poddania się, wierząc w jego niewinność, jednak wkrótce zapadł wyrok. Kouga miał utracić swój miecz i pozycję. Wtedy Muramasa namówił go do walki. Teraz, z powrotem w teraźniejszości, Muramasa stał przed przebudzonym wreszcie, po setkach lat, Kougą. Jego radość z tego faktu przerwało jednak ostrze miecza własnego mistrza.
No to się nam wehikułów czasu zachciało. Cóż, początkowo się przeląkłem, bo gdy Kouga zwrócił się do Ginreia per „ojcze”, już myślałem, że zechcą nam wmówić, że mistrz Muramasy jest ojcem Byakui. To by było naprawdę… no by było, na tym poprzestańmy. Na szczęście jednak ciężko się myliłem. Miast tego mamy bowiem Kougę, przyszywanego członka rodziny Kuchikich, i owy Kouga wydaje się całkiem niezłą postacią. Przyjemnie dość się go ogląda, a na dodatek dostaliśmy ciekawostkę w postaci możliwości zobaczenia drugiego dopiero, po tym Ichigo, wewnętrznego świata Shinigami. Kolejnym ciekawym akcentem było umieszczenie w tych wspomnieniach Ginreia, dziadka Byakui. Do tej pory na nadmiar czasu antenowego pan starszy nie mógł raczej narzekać, więc całkiem fajnie, że mogliśmy go troszkę dłużej pooglądać. Jako plus muszę także policzyć pewien efekt wizualny. Już na końcu odcinka, po powrocie do teraźniejszości, mamy jeszcze scenę z Kougą i Muramasą. I właśnie tam, w niektórych ujęciach, stojący z rozwianym szalem i poszarpanymi spodniami Kouga wygląda naprawdę epicko. Jak boss z jakiejś tekkeniastej bijatyki. Bardzo mi się taki spodobał. Co do minusów zaś… w sumie ciężko coś temu odcinkowi zarzucić, bo ani nie mieszał w czasach teraźniejszych, ani też w przeszłych. Ot, prosta historia przedstawiająca nam tło całego fillera. Tło całkiem składne, na szczęście. Jedynym zgrzytem wydają mi się postacie spiskowców. Nie wiadomo kim byli, czego chcieli i z jakiej choinki się urwali. A przy tym byli dość… infantylni. Podobnie zresztą, jak cały ten wielki „bunt”. On także prezentował się… śmiesznie. Poza tym odcinek cierpi też troszkę na syndrom kija w… no wiadomo w czym, a to ze względu na to, że jedynymi istotnymi postaciami w nim, obok Kougi i Muramasy, są Ginrei i Yamamoto. Ale ciężko się o to pieklić. Tak więc myślę, że epizod stoi na przyzwoitym poziomie. Nie ma w nim żadnych wielkich rewelacji, ale też nie ma na nie zbyt wiele miejsca a i minusów wielkich nie ma. Ode mnie więc pójdzie ocena 4/5. Może i troszkę naciągnięta, ale niech będzie. Pytanie tylko, czy po powrocie do właściwych wydarzeń, wszystko się nie posypie. Znowu.
















20 grudnia, 2009 o 10:06:11
[Odpowiedz]
20 grudnia, 2009 o 11:03:29
Kiedy przebijał Muramasę, miał chyba złamany.
[Odpowiedz]