FullMetal Alchemist: Brotherhood 56
Chciwość kontra Gniew czyli starcie grzechów.
Zaczynamy od wspomnienia z przeszłości Hohenheima, złotowłosego alchemika, odnalezionego na pustyni przez ludzi z Xing. Teraz ten sam Hohenheim stał po latach oko w oko z Homunculusem. Gdy ten chciał przejąć Kamień Filozoficzny swego „krwiodawcy”, w jego ciało weszły dusze uwięzione do tej pory w ciele Hohenheima. Ten spędził niezliczone lata na rozmowach z nimi, co owocowało teraz ich atakiem na Ojca. Gdy jednak Hohenheim był już pewien zwycięstwa, Homunculus porzucił swą powłokę, przyjmując całkowicie niezależną postać. Tymczasem na powierzchni, siły Briggs znalazły się na przegranej pozycji, po tym jak do akcji wkroczył King Bradley. By odnaleźć się w nowej sytuacji, pilnujący pani Bradley ludzie Mustanga musieli o cały bunt oskarżyć panią generał Armstrong. Na polu walki zjawił się nagle Greed, chcący ponownie zmierzyć się z Wrathem. Podczas starcia z tym ostatnim, bardzo ciężko ranny został Buccaneer, a na dodatek żołnierze wspierający Bradleya przygotowali zmasowany atak na jego przeciwników. Podczas gdy Falman i inni żołnierze starali się ich odeprzeć, na miejsce przybył Who. Gdy dowiedział się, że stoi przed nim Bradley, zapałał chęcią zemsty.
No więc, jak można było się spodziewać, po pojawieniu się Bradleya skończył się dzień dziecka. Żołnierze z Briggs, do tej pory bez większych problemów opanowujący Centralę, zaczęli być dosłownie zmiatani z powierzchni ziemi przez potężnego homunculusa, nie robiącego sobie nic ani z ich przewagi liczebnej, ani z ich uzbrojenia ani nawet z indywidualności takich jak kapitan Buccaneer. A skoro już jesteśmy przy niedźwiedziu z krokodylem zamiast ręki, to muszę niestety przyznać że trafiła nam się tu mała niekonsekwencja. Ja rozumiem, że to mocny chłop, ale podczas gdy wszyscy inni żołnierze, a nawet i czołg, odpadali po jednym ciachnięciu Bradleya, on przetrzymał bodajże trzy ataki, w tym nawet przebicie na wylot mieczem. Ech, jednak opłaca się nie być jedynie statystą. Mam tylko nadzieję, że scenariusz nie stanie się nagle łagodniejszy. Do tej pory bowiem nie bał się zgotowywać pozytywnym bohaterom dość okrutnych i brutalnych przeżyć, a teraz jakoś tak źli giną a dobrych coś nie rusza. Rzecz jasna dobrych z jakąś zasadniczą rolą, bo trzeba przyznać, że szeregowi zjadacze chleba to się w tym odcinku trupami ścielili że aż miło. Znaczy, zależnie od punku widzenia. Im pewnie zbyt miło nie było. Poza tym ciężko też mówić o jakiejś łagodności, patrząc na scenę z Hohenheimem i Ojcem. Kiedy tego ostatniego poprzebijało i zawiesiło nad ziemią, aż mnie zadziwiło, co oni w tych bajkach pokazują. Toż u nas to by były manifestacje, stosy i odsądzanie od czci i wiary. Jak dobrze, że nie u nas FMA robią. Swoją drogą, wracając do Ojca, to nie mogłem się powstrzymać od skojarzeń z Gurren Lagannem, widząc jego nową postać, którą ukazał po wyjściu z dotychczasowego kokonu. Normalnie prawie że Antyspiral. Tylko się nie trzęsie i wcięcia nie ma. A skoro już jesteśmy przy epickości (jak bowiem wiadomo, synonimem „Tengen Toppa Gurren Lagann” jest „Epickość” właśnie) to wspomnieć trzeba oczywiście o ponownym spotkaniu Wratha i Greeda. Właśnie coś mi ostatnio brakowało tego ostatniego. Na szczęście gdy tylko zjawił się jego cel, zjawił się także i on. Wciąż jednak sporo mu brakuje, by dorównać takiemu badassowi, jakim jest Bradley. Zwłaszcza, gdy ściągnie on jeszcze przepaskę z oka. Ciekawe, czy ma gdzieś we włosach dzwoneczki… No, w każdym razie i tak cię Greedo kocham, jesteś wielki. I Lin także. No i oczywiście także cały ten odcinek. Nuda nie? Tak ciągle chwalę i chwalę i piątkę za piątką walę. Ale hej, jeśli chcecie się żalić, to do Arakawy i Bones. To oni są temu wszystkiemu winni. Ja tu tylko sprzątam.
















03 lipca, 2010 o 16:41:02
To jak Wrath rozprawił się z czołgiem budzi wrażenie. Spuśćmy tylko zasłonę milczenia na to że ta jego szabla coś zbyt ostra mi się wydaje.
Tak oto rozpoczyna się walka moich dwóch ulubionych postaci FMA, pierwszy oczywiście Ling, no i drugi Wrath. Do tego walka tych dwóch zaczynająca się w tym odcinku jest moją ulubioną z całego FMA. Ta dwójka zawsze wymiatała, szczególnie Ling. Co prawda bardziej epicka jest pomiędzy Lust i Mustangiem ale ta jest bardziej złożona i kompleksowa.
[Odpowiedz]
03 lipca, 2010 o 16:41:41
pfu miało być wciągająca, a nie kompleksowa.
[Odpowiedz]