FullMetal Alchemist: Brotherhood 57
Stary i niedźwiedź mocno śpią a Złotozęba zajumała nam trzy misie. Coś się sypią te bajki.
Izumi i Olivier wyciągnęły z jednego z generałów, którego wcześniej pochwyciła ta pierwsza, informacje o planach transmutowania całego Amestris. Tym samym przekonały grupkę żołnierzy do stanięcia po swojej stronie. Sytuacja w mieście stawała się jednak coraz gorsza dla buntowników, w wyniku czego cała drużyna musiała ewakuować się drogą podziemną. W podziemiach również nie było jednak różowo. Ed, Mustang, Riza i Scar natknęli się tam na osobnika ze złotym zębem, tego samego, który odpowiadał za stworzenie Kinga Bradleya, jak również za wyleczenie Kimbleya po jego walce ze Scarem, która miała miejsce na północy. Teraz bezimienny, przynajmniej jak na razie, naukowiec, wysłał do walki ze swoimi gośćmi grupę odrzutów z eksperymentu, który doprowadził do powstania Wratha. Sam Wrath natomiast kontynuował swoją walkę z Greedem i staruszkiem Who. Gdy Who znalazł się w niebezpieczeństwie, Lin przejął władzę nad swoim ciałem, by go uratować. W zamian uratowany go znokautował i nakazał Greedowi go chronić, podczas gdy sam rzucił się na Bradleya w samobójczym ataku. Niestety, mimo wszystko nie udało mu się odnieść sukcesu, co przypłacił, najpewniej, życiem. Jego poświęcenie nie poszło jednak na marne, gdyż korzystając z sytuacji, Buccaneer zdołał wreszcie ranić Wratha, przebijając go na wylot mieczem, którym ten potraktował go wcześniej tak samo. Wszystko to wydarzyło się na oczach przybyłej nagle Ranfun, a także Lina/Greeda, który rzucił się ponownie na Bradleya. Tymczasem w podziemiach, podczas gdy niedoróbki Wratha zajmowały naszych bohaterów, ich twórca ukończył rysowanie kręgu, dzięki czemu mógł przejść wreszcie do poświęcenia trzech, wybranych wcześniej ofiar.
Eee… Yyy… Tego… Zdaje się, że we wpisie poprzedniego epka pisałem coś o tym, że scenariusz zrobił się troszkę łagodniejszy dla pozytywnych postaci. No cóż, moje obawy na szczęście się nie sprawdziły. I to jeszcze jak się nie sprawdziły. Staruszek Who i Buccaner giną, a przynajmniej na to wygląda, w samobójczych atakach, a Ed, Al i Izumi zostają poddani transmutacji i wyparowywują z tego padołu łez i nieszczęść. To się nazywa hardkor, moi państwo. Sposób, w jaki Who i Buccaneer zakończyli swoją walkę z Bradleyem, także do najmilszych nie należy. Mówiąc szczerze, to przebicie dziadka Who by trachnąć Bradleya było dość ostrym zagraniem. I, kurde, jakżesz pięknym. Cała ta scena jest po prostu epicka. Normalnie aż się przypomina widok Goku, przeszywanego przez piccolowe Makanko Sappo, przy okazji ukatrupiania Raditza. Ach, coś pięknego. No i myliłem się też, stwierdzając, że trochę bezsensowna była taryfa ulgowa zastosowana wcześniej na Buccanerze. Znaczy, okej, w sumie to była bezsensowna, ale gdyby nie to, nie mielibyśmy teraz tego ślicznego zakończenia. Cel, moi drodzy, uświęca środki. Zwłaszcza że dalej następuje świetna reakcja Lina, Greeda, czy nawet obu naraz, którzy to obaj wreszcie zdołali dosięgnąć Bradleya. Dzięki poświęceniu Who i Buccaneera, nasz chciwiec z rozdwojoną jaźnią zyskał jakieś szanse w walce z fuhrerem. Kolejną rzeczą, która mnie bardzo w tym odcinku uradowała, było wkroczenie na scenę pana ze złotym zębem. Strasznie mnie ten gość intrygował, pokazując się tylko kilka, pamiętam na pewno dwa bądź trzy, razy i to nawet nie w całości, a jedynie świecąc zębem. Jak można się było spodziewać, osobnik ten dostał do odegrania niezwykle ważną rolę, która pozbawiła nas trójki bohaterów, w tym dwóch głównych. A ja myślałem, że już przed tym wydarzeniem, ci dwaj główni jakoś tak zanikli w gąszczu wydarzeń. No, teraz zanikli już dosłownie. Pytanie tylko gdzie i na jak długo. Niezłym pomysłem było także wykorzystanie tych semi-Bradleyów. Jak widać, w przyrodzie nic nie ginie. Chociaż z pewnością grozi to wspomnianej, wyparowanej trójce. No cóż, przekonamy się. A epek, rzecz jasna, na maxa.
















03 lipca, 2010 o 16:20:56
Ten odcinek to po prostu cud, miód i orzeszki. Scena w której jednym cięciem Wrath odciął ląd od tych lasek dynamitu była po prostu genialna.
[Odpowiedz]