FullMetal Alchemist: Brotherhood 61
„Gdy młodzieniec za bardzo zbliżył się do boga-słońca, wosk w jego skrzydłach roztopił się i bohater runął na ziemię”.
Homunculusowi udało się osiągnąć swój cel. Zdobył boską moc, poświęcając ok. 50 milionów istnień, których dusze znalazły się teraz w jego ciele. Poza nim samym, przy życiu pozostało także jego pięć ofiar. Homunculus był gotów się ich pozbyć, jednak wtedy zaczęło się z nim dziać coś dziwnego. Hohenheim wyjawił, że przygotował wcześniej krąg transmutacyjny, w którego centralnych punktach rozmieścił swoje własne Kamienie, a którego linię miał wytyczać cień Księżyca podczas zaćmienia (bez skojarzeń z fuzją błyszczących patefonów i Hany Montany). Gdy krąg się aktywował, wszystkie dusze mieszkańców Amestris uwolniły się od Ojca, powracając do swych ciał. Oczywiście bardzo osłabiło to Homunculusa, którego atak starali się odeprzeć wspólnymi siłami Hohenheim i May Chang. Tymczasem trwał pojedynek Scara i Wratha. Obaj zdołali zadać sobie nawzajem ciężkie rany, w przypadku tego ostatniego, śmiertelne. Nim Bradley skonał, zdążył jeszcze zamienić kilka słów z przybyłą na miejsce Ranfun. Następnie pomogła ona Scarowi dostać się do centrum kręgu transmutacyjnego, przygotowanego przez Ishvarczyków. Dzięki niemu zniwelowane zostało działanie Kamieni Filozoficznych rozmieszczony pod ziemią, w wyniku czego alchemicy mogą używać teraz całej tektonicznej energii. By się wzmocnić, Homunculus udał się na powierzchnię, gdzie zaczął tworzyć nowe Kamienie. Pozostali ruszyli w ślad za nim, poza Edem, który został by walczyć z Pridem. Ostatecznie udało mu się go pokonać dzięki pomocy… Kimbleya.
Wiem, że po tym odcinku do końca wciąż pozostają jeszcze trzy, ale myślę, że mogę już użyć tego słowa. To finał. Absolutny finał, który rozpoczął się gdy Homunculus przeprowadził transmutację całego Amestris. Teraz ten finał rozwija się w najlepsze i jest po prostu fenomenalny. Naprawdę, brakuje wręcz skali, by ocenić ten odcinek. Brakuje słów, by go opisać. Jest po genialny. A na dodatek sprawia, że cały mętlik, który miałem w głowie po obejrzeniu poprzedniego epizodu, prysł niczym bańka mydlana. No dobra, może prawie cały, ale jednak. Nie tylko dostaliśmy wyjaśnienie całej tej akcji z Księżycem i w ogóle, ale też okazało się ono bardzo proste i przejrzyste. Normalnie bym się wkurzył, gdybym po tym wszystkim miał nie pokapować zakończenia. Ale na szczęście wszystko układa się bardzo ładnie. Chociaż gdy na samym początku zaczęli mówić o męskiej Ziemi i kobiecym Księżycu oraz ich połączeniu zacząłem się bać, że znowu zacznie się evangelionowanie. Odetchnąłem z ulgą, gdy tak się nie stało. Stało się za to wiele innych rzeczy. Po pierwsze, Ojciec przyjął nową, bardzo fajną formę. Muszę przyznać, że naprawdę sprawia w niej boskie wrażenie. Byle tylko mu ten ręcznik nie spadł… Kolejną rzeczą jest świetny ciąg dalszy walki Scara i Wratha, ze świetnym zakończeniem i, no, wiecie jaką, sceną śmierci Bradleya. Co by o gościu nie mówić, miał klasę. I z pewnością był jednym z najciekawszych i najfajniejszych czarnych charakterów, z jakimi miałem do czynienia. Myślę, że doczekał naprawdę ładnego końca. A końca doczekali jeszcze dwaj bohaterowie. Po pierwsze Pride. W przeciwieństwie do „tatusia”, Selim klasy nie miał. I zginął również bez niej. Fajnie, że Ed wreszcie osobiście pokonał jakiegoś homunculusa, bo jak sięgam pamięcią, to do tej pory nie wyeliminował jeszcze żadnego. Należało mu się to. No dobra, może i dostał pomoc, ale jednak zaliczam Selima na jego konto. A właśnie, pomoc. To ta druga postać. I to naprawdę było zaskoczenie. Oto Kimbley nie tylko całkiem wygodnie się urządził po pożarciu przez Pride’a, ale też na dodatek pomógł Edowi go wykończyć. Heh, to ciekawe, że przed kompletnym zapomnieniem, uratowało Kimbleya to, że był takim pochrzanionym psychopatą. No i ostatecznie też bardzo fajnie skończył swoją rolę w serii. Ech, same rozstania. No, ale to w końcu, jak już wspomniałem, finał. Finał, który wciąż trwa.
Aha, żeby nie było, cytat na początku pochodzi z polskiego wydania mangi od JPFu.
















04 lipca, 2010 o 14:12:52
Mi trochę nie odpowiada głos Homunculusa w zestawieniu z jego nowym wyglądem. Owszem jego nowa forma wygląda świetnie ale ten głos który świetnie pasował do jego poprzednich form teraz trochę nie pasuje; jest za stary dla nowej formy. Już bym wolał ten głos którym przemawiał będąc w kolbie.
[Odpowiedz]
04 lipca, 2010 o 17:30:43
To prawda, głos nie bardzo mu teraz pasuje, ale jednak jego pozostawienie jest uzasadnione. W końcu Homunculus nie odmłoniał czy coś w tym stylu, zyskał jedynie nową moc.
[Odpowiedz]