FullMetal Alchemist: Brotherhood 62
Al odzyskuje ciało, Ed odzyskuje rękę. Ale…
Homunculus wyruszył na powierzchnię w celu stworzenia dla siebie kolejnych Kamieni Filozoficznych. Hohenheim, który ruszył w ślad za nim w towarzystwie Ala, Izumi i May, zanegował jego boskość, mówiąc, że potrafi on jedynie niszczyć. Wtedy Homunculus postanowił stworzyć ludzi, przywracając fizyczne formy mieszkańcom Xerxes. Gdy ruszyli oni ku Hohenheimowi i pozostałym, w tym także przybyłemu w międzyczasie Edowi, ich stwórca zmiótł ich, wraz ze znaczną częścią całej kwatery głównej, z powierzchni ziemi. By ochronić przyjaciół, Al i Hohenheim użyli swoich ciał jako tarczy, co wykluczyło ich z dalszej walki. Do pomocy przybyli jednak Mustang, Riza, Alex, Ranfun, Darius i Jerso. Zjawił się także Greed, który próbował przejąć moc Homunculusa. W końcu, w wyniku zmasowanego ataku, moc Ojca się wyczerpała. Towarzyszyła temu jednak potężna eksplozja, która powaliła wszystkich walczących. Szukając możliwości zdobycia energii, wycieńczony Homunculus skierował się w stronę Eda, który nie mógł się ruszyć, gdyż jego mechaniczna ręka została wcześniej zniszczona, a prawdziwa była unieruchomiona przez wbity w nią pręt. Wtedy Ad postanowił zwrócić mu lewą rękę, przywracając, z pomocą May, swą duszę ciału czekającemu przed bramą. Ed odzyskał rękę, po czym wpadł w furię.
Ta seria nie przestaje mnie zaskakiwać. Człowiek obejrzy taki odcinek 61 i okrzykuje go szczytem szczytów, którego przewyższenia po prostu nie sposób sobie wyobrazić. A wtedy ogląda odcinek 62 i widzi, że da się. Że FMA nigdy nie mówi nigdy. Że zawsze ma co zaprezentować. Że zawsze gwarantuje nie tylko ogromne emocje, ale też olbrzymi kunszt i to pod każdym możliwym względem. Ten odcinek jest naprawdę potężny. Walka z Ojcem nabiera takiego rozmachu, że jest to aż zadziwiające. Walki w Alchemiku oczywiście zawsze były z najwyższej półki, ale były jednak trochę… no nie wiem, jak to określić. Trochę bardziej stonowane? To znaczy, działo się w nich ostro i dużo, ale jednak na mniejszą skalę. Tutaj tymczasem mamy jedną wielką rozpierduchę. Piękną rozpierduchę. I bardzo mi się ona podoba. Każdy kolejny cios zadany Homunculusowi, każdy kolejny trafiony atak, każde kolejne jego obrażenie, dają wielką satysfakcję. Zwłaszcza, że możemy oglądać w akcji tyle ulubionych postaci. Mi osobiście najbardziej chyba podobał się Alex, który wojował aż miło. A, no i oczywiście Mustang, który z pomocą Rizy pokazuje, że wciąż jest badassem jakich mało. No dobra, oczywiście to wszystko do czasu. W końcu bowiem następuje poświęcenie Ala, po którym Ed… To było tak epickie, że szczenę z podłogi to będę jeszcze chyba jutro zbierał. Ed, w tym swoim szale bitewnym, swoistym berserku, dał naprawdę świetny popis. Co więcej, skuteczny. Nasz główny bohater wreszcie wrócił na swoje miejsce, po tym jak, o czym już ostatnio pisałem, jakoś zlał się z tłumem w wyniku tego całego zamieszania, które zamieszywało się już od jakiegoś czasu. Ale to jeszcze nie to nawet było w tym epku najlepsze. Najlepsze było to, co zrobił Al i co z tego wynikło. Al wrócił do swojego ciała. Zbroja zniknęła. Ed odzyskał rękę. To był moment, kiedy naprawdę poczułem, że Alchemik się nam kończy. I jakąś taką nostalgię poczułem z tego powodu. W końcu o to chodziło. To był pierwotny cel naszych bohaterów. Wiem, że jeszcze dwa odcinki pełne akcji i wiele się może jeszcze wydarzyć, ale jednak nie zmienia to faktu, że takie właśnie mam odczucia w związku z tą sceną. Widok Eda z normalną ręką, bez protezy, i Ala, z powrotem w jego własnym ciele, nawet jeśli wciąż jeszcze przed Bramą, to naprawdę coś wyjątkowego. Ale chyba najsilniejszy był widok rozpadającej się zbroi Ala. Oto zniknęło coś, co było jedną z podstaw całej serii. Jednym z jej najważniejszych symboli. Mimo, że zbroja ta była tylko nośnikiem dla duszy postaci, to jednak sama stała się postacią. Kiedy myślę „Al” nie widzę jego ciała z krwi i kości, a właśnie tą zbroję. Jakoś tak dziwnie bez niej. Jakoś tak… ostatecznie. Ach, przepiękny odcinek. Kolejny. I po raz kolejny jak najbardziej wyjątkowy.
















04 lipca, 2010 o 19:23:37
Wielbię. Scenę. Powrotu. Ala. Do. Ciała.
Tyle jak na razie… ^^
[Odpowiedz]
04 lipca, 2010 o 19:54:18
Ech, Mustang piękną rozpierduchę zaserwował… No dobra, pozostali też
Wchłanianie boga czy tam pożeranie księżyca się chowa.
[Odpowiedz]
04 lipca, 2010 o 20:03:46
I się naczytałam! 10 opisów w jeden wieczór to naprawdę… coś nieziemskiego :] I właśnie tego mi brakowało! Nareszcie Dinuś wziąłeś sie za FMA, chylę czoła!
Sama nie wiem jak to wszystko podsumować, chyba tylko powiem jedno: zdecydowanie zgadzam się z Tobą! FMA jest boskie, niesamowicie zaskakujące, po prostu…będę tęsknić ;_; I na co ja będę czekać, co niedziele z takim podnieceniem…? *chlip…chlip…* No ale zostały jeszcze dwa, lub jeden odcinek, nie pamiętam dokładnie, bo skończyłam na 62, oby finał mnie nie zawiódł!
[Odpowiedz]
04 lipca, 2010 o 21:40:57
Odcinek mega.
Jak tylko zobaczyłem screeny do tego odcinka od razu na tapetę powędrował ten na którym Al osłania May.
[Odpowiedz]
04 lipca, 2010 o 22:12:56
Miło wiedzieć, że screeny się komuś na coś zdają, poza byciem ładną oprawdą na opisu : ]
[Odpowiedz]
04 lipca, 2010 o 22:26:12
Że tak rzeknę: najs…
Dobrej jakości screeny
Dziękować za takowe, na pewno się przydadzą.
Co do opisu: bardzo subiektywna. Nie wytykasz nigdy potknięć, a szkoda, bo to stawiałoby recenzję w lepszym świetle.
„Szał bitewny” Edwarda był… hymmm… pasował do tego Edwarda, a wydaje mi się nieadekwatny do Edwarda z FMA z 2003. To jakby dwie różne postaci.
A Ty co o tym myślisz?
[Odpowiedz]
04 lipca, 2010 o 22:41:41
Oczywiście że się na coś przydają, wstawiasz je Dino w wysokiej rozdzielczości i w bardzo dobrej jakości, już od jakiegoś czasu zgrywam sobie co po niektóre na dysk. Od tak żeby kiedyś przeglądnąć sobie album z FMA. Jestem zbyt leniwy żeby samemu zrobić porządne więc żeruje na twoich Dino.
[Odpowiedz]
04 lipca, 2010 o 23:25:15
Aha, no to dzięki, będę się dalej starał wybierać ładne ujęcia ; ]
Vill, dzięki za opinię. Co do potknięć… wydaje mi się, że wytykam. Wytykam, kiedy je widzę. Również w przypadku FMA, z tym że akurat w tej serii naprawdę rzadko widzę jakieś potknięcia. Nie wiem, może jakiś fanboizm przesłania mi oczy, ale ciężko znaleźć mi jakieś braki w tej serii. A już na pewno w serii samej w sobie, bo oczywiście gdyby porównywać z mangą, to byłoby troszeczkę inaczej. Niemniej gdy już widzę coś, co mi się nie spodoba, wytykam. Gdzieś ostatnio pisałem o chwilowym pogorszeniu grafiki na przykład. Ze trzy odcinki serii to zrugałem niemal od początku do końca. Zresztą pisząc opis odcinka, piszę go z mojego punktu widzenia. Jeżeli ktoś inny chce coś pochwalić czy zmieszać w błotem w komentarzach, nie ma problemu : ] Zresztą na dowód tego, że potrafię wytykać minusy, zapraszam do moich opisów Bleacha. I tu jest pies pogrzebany. Kiedy seria minusy ma, można po nich jeździć, kiedy jednak ma ich tak mało, jak FMA, przynajmniej w moim odczuciu, to nie bardzo jest po czym ^^
Co do Eda, to nic dziwnego, że Ed na końcu tej serii a Ed na końcu poprzedniej się od siebie różnią. O ile przecież na początku ich przeżycia mniej więcej się ze sobą pokrywają, o tyle potem każdy szedł już inną drogą. Widział inne rzeczy, inne wiódł życie. To kształtuje charakter. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, co tamten Ed zrobiłby w takiej sytuacji, niemniej nie można z pewnością powiedzieć, że nie wpadłby w taki szał, gdyby Alowi przytrafiło się nagle coś takiego. W każdym razie zgadzam się, że obaj Edowie się różnią. Może nie pod każdym względem, ale pod pewnymi na pewno. I nie tylko Edowie. Podobnie możnaby powiedzieć też o innych postaciach, jak choćby o Mustangu, Scarze czy Winry.
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 00:00:38
Twoje recenzje mi się przydają do pracy, którą pisze na zaliczenie, więc tym większe thx
Co do tego, że nie wytykasz potknięć – widać jesteś bardzo pobłażliwy

A z drugiej strony FMA:B w rzeczy samej prezentuje się całkiem nieźle w stosunku do shitów masowo produkowanych przez Japończyków.
Chyba obecnie powstaje niewiele sensownych historii mangowych, które można by zaadaptować na anime z klasą…
Wszystko wydaje się być wtórne.
Staram się powiedzieć, że nie mogę Cię winić za peany pod adresem Fullmetala: Brotherhood.
Co do Edwarda – owszem, wiem, że rożnymi ścieżkami ich losy się potoczyły, że innych odkryć dokonali, ze inne pytania przed nimi postawiono. I właśnie dlatego tak bardzo to rozważam…
Edward to jedna z moich ulubionych postaci z mang: dobrze napisany, świetny design, świetne kończyny, dobry pomysł na rozwój postaci. I chyba dlatego, że tak go lubię trudno mi przyjąć do wiadomość, że jest inny
Mustang i Scar z FMA i FMA:B tylko wyglądają tak samo, mają te same pozycje (mordercy i pułkownika), te same imiona i stoją po tych samych stronach konfliktu. Ale ich przeszłość i osobowości są diametralnie rożne w obydwu wersjach – po prostu akceptuje, że to inna idea na stworzenie bohaterów i zawiązanie intrygi.
W FMA:B pozwolono jej się rozwinąć, w FMA nie dano jej tej sposobności, ale zapewne tak strasznie by się nie różniła.
Winry to Winry
Nie razi mnie to, ponieważ potrafię każdego Roya i Scara odciąć od siebie.
Winry nie różni się zbytnio… jeno miała więcej czasu antenowego
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 00:08:41
To musi być praca na temat „shitowe recki w necie”. Innej opcji nie widzę xD
Co do Mustanga, Scara i Winry masz rację, niemniej wciąż zasada jest taka jak w przypadku Eda. To też ta sama postać, tyle że z innymi przeżyciami i inaczej poprowadzona. Co najwyżej natężenie zmian jest inne w przypadku innych postaci. Zgadzam się w kwestii tego, że Ed jest genialnie wykreowaną postacią. Także bardzo go cenię i uważam za jedną a najlepszych postaci, z jakimi miałem do tej pory do czynienia.
A co do pobłażliwości… hmm, zależy od sytuacji. I od tego, wobec czego mam tą pobłażliwość zastosować ; ]
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 02:38:52
A już zwłaszcza o Alu…
Zagryźcie, ale w moich oczach Ędward zaczął niestety tracić po rozdziale 76. Przeżył coś, czego ewidentnie przeżyć nie powinien. Popadając w zajedwabistosc, zaczął się IMO staczać i im cudowniejszy się staje, tym bardziej mnie denerwuje. Tak, wiem, takie prawo dżungli, i po to główny bohater jest głównym bohaterem, by w końcu okazać się ósmym cudem wszechświata.
Nie ukrywam- liczyłam, że to Hoho pozbędzie się Ojca. I gdyby tak się stało, mogłabym przymknąć oczy na przesadzone Edziowe umiejętności.
No wiesz, skoro ludzie piszą magisterki o Tłajlajcie… Od polonistki dowiedziałam się też kiedyś o kobiecie, która napisała pracę doktorską o harlequinach (nie ściemniam). Wiedziałeś, że jeśli chcesz poczytać bardziej soczystego
pornosaharlequina, powinieneś wybrać tego z ciemniejszą okładką? (bordową czy inszą…)[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 14:30:07
@Dorato, Dorato pojechałaś po mnie, jak po bandzie
Magisterek o Tłajlajcie pisać nie zamierzam, o harlequinach tym bardziej – wolę literaturę z półek znacznie wyższych. Co nie zmienia faktu, że jeśli ktoś chce pisać pracę naukową o harlequinizacji – proszę bardzo. Temat wydaje się słaby, ale z punktu widzenia socjologicznego bardzo ciekawy: wiesz w jakiej grupie społecznej jest największy popyt na tego typu literaturę? I tu Cię zagnę – nie, nie pośród kobiet w przedziale wiekowym 20 – 80, tylko w więzieniach o zaostrzonym rygorze dla mężczyzn (bo pornosów im nie wolno oglądać).
Taka ciekawostka
Piszę serię artykułów dotyczących powieści, komiksów i nowelek oraz adaptacji takowych. Próbuję zauważyć różnice między „oryginałem”, a latoroślą, która na nim wyrosła
Troszeczkę w stronę analizy porównawczej to idzie, ale staram się sięgnąć głębiej: znaleźć inspiracje autorów, legendy i wytknąć to, co każda z wersji stara się przekazać.
Pisząc o FMA posiłkuję się miedzy innymi artykułami Dino *ukłon w stronę Dino*
Ależ zgadzam się!
Nie może płakać, nie może poczuć bezsilności – to jest niemęskie! A on musi stać się silniejszy by podołać postawionemu sobie zadaniu (swoją drogą – slogan o „stawaniu się silniejszym” to najbardziej oklepana fraza z mang/anime shounen… ). On wali na odlew, skopie tyłki całemu Złu i jeszcze zaskoczy swoją inteligencją!
A szkoda, bo pierwsze anime pokazało, że Edward miał potencjał stać się oryginalną postacią… W rozrachunku Ed dużo stracił w moich oczach po FMA:B – i to nawet jeżeli wsiąść pod uwagę, ze druga seria ma lepiej rozpisaną intrygę, kilka ciekawych postaci i dobrą animację, ale główny bohater staje się płaski, przewidywalny i pospolity…
Dlatego też drążę temat: czy Edward z FMA to Edward z FMA:B
Edward z pierwszego anime pokazuje, że można się załamać, można płakać, popaść w rozpacz, czuć się bezsilnym… Bo to wszystko jest ludzkie. I wszystko to człowieka wzmacnia, ale też uczy pokory… Edward z FMA jest gorzki i spokojny. Najpierw myśli, a później robi.
Edward z Brotherhooda jest niezłomnie bohaterski niczym Bruce Willis!
Do Edwarda mam sentyment przez pierwszą serię – w której podbił moje serce – a w mandze Arakawa go powoli i z rozmysłem zmieniała w typ bohaterskiego Supermana…
W Brotherhoodzie natomiast zyskał Papa Elric
Mi się podoba jak skończył…
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 15:11:33
@Vill,
Przeca się Ed poryczał w 63. I nie tylko w tym. Ogólnie ja tam nie widzę, gdzie Wy macie problem z Edem. Chłopak wychodzi z założenia, że lepiej działać, niż siedzieć w kącie i się emować. I to też jest ludzkie. I chwała mu za to. Podoba mi się to, że daje z siebie wszystko. Dużo gorzej byłoby, gdyby na każdym kroku się załamywał.
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 16:03:31
@Dino, Oj… nie w tym rzecz, że Ed ma płakać. :/
Nie o to mi chodzi.
Edek z Brotherhooda jest bardziej japoński: pewnych rzeczy nie zrobi, bo to stawiałoby go w złym świetle jako bohatera mangi shounen. Głównym przesłaniem dla japońskiej młodzieży jest: czerpanie siły z przyjaźni, męstwa i odwagi. A żeby to osiągnąć trzeba stać się silniejszym: zarówno mentalnie jak i fizycznie. Tutaj pojawiają się bardzo jednoznaczne odpowiedzi na trudne pytania…
Edek z FMA jest bardziej Europejski: nie obawia się zadać sobie pewnych pytań, na które nie znajdzie odpowiedzi. Potrafi pokazać, że jest słaby i bezsilny – ale go to nie degraduje jako głównego herosa. Tutaj główne przesłanie to też siła przyjaźni, męstwa i odwagi – ale w tym innym wymiarze, bardziej wieloznacznym: jesteśmy słabymi ludźmi i podejmujemy nieperfekcyjne decyzje. I potrafimy znaleźć w tym piękno.
Edek z FMA:B twardo stąpa po ziemi, jest bardziej pewny siebie i łatwiej sięgnąć mu wgłąb siebie by wykrzesać siłę. Natomiast Edward z FMA porusza się po ruchomych piaskach, próbuje wybrać najlepszą ścieżkę: waha się miedzy odpowiedzialnością, a sumieniem – czasami wybór jednego jest niejednoznaczny z drugim…
Nie wiem czy wyraziłam się jasno…
Choćby to, że w mandze i Brotherhoodzie przed Bamą siedzi Prawda/Bóg jest potwierdzeniem mojej opinii: Prawda naprowadza nas na właściwą odpowiedź. Podpowiada w którą stronę się kierować i jak wyciągać wnioski. Tłumaczy wiele rzeczy. Niektóre rzeczy mówi wprost.
W anime z 2003 siłą sprawczą jest po prostu Brama – nie mówi nic, jeno działa. Stawia na inteligencje widza: sam wyciągnij wnioski, wysil mózgownice i odgadnij dlaczego stało się właśnie tak, a nie inaczej. Nie ma jednej prawdy, nie ma jednoznacznej odpowiedzi – jak to w życiu. Ta idea mi się bardziej podoba, pomimo, że jest bardziej filozoficzna.
Już od widza zależy czy oglądając pomyśli „No to go wciągnęło, cóż, ciekawe co dalej…”, czy raczej „Dlaczego zabrało mu całe ciało? Czemu całe ciało, a Edwardowi tylko nogę? Czemu kara jest taka sroga?”. Mówię – niedomówienia dają większe pole manewru dla naszych refleksji.
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 16:12:48
@Vill,
Wiem, że nie o to chodzi. Mówię tylko, że płakał, bo Ty napisałaś, że nie ; ]
Co do reszty… ech, nie chce mi się teraz aż tak w to wszystko zagłębiać. Roztapiam się w tym upale a Ty mi jeszcze każesz mózgownicę wysilać, ech. Powiem tylko, że nie zawsze niedomówienia są dobre i nie zawsze mówienie wprost jest złe. Przykład Bramy? Wolę tą mangową. Jest dużo bardziej logiczna i złożona. W pierwszym anime mamy Bramę, oni przez nią przelatują i… i tyle, kij wie o co biega. Ja tam wolę, jak mam konkretne wytłumaczenie.
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 22:06:54
@Vill,
Fakt. Chociaż w FMA aż tak straszliwie się to nie narzuca (np. w porównaniu z „Naruciakiem”)
@Vill,
Ha, nie zagniesz, bo też o tym słyszałam! ^^
W każdym razie powodzenia w pisaniu pracy. no, i oczywiście w późniejszym jej bronieniu. Widać, że zagłębiasz się w temat.
[Odpowiedz]
06 lipca, 2010 o 11:05:49
@Dorato, A dziękować
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 09:33:00
Nie wiedziałem, ale dzięki za info, na pewno się przyda xD
Tłajlat i harlekiny, dżizas. Do tego jeszcze prace o tasiemcach brazylijskich na teście kończącym gimnazjum, bo te akurat sam pamiętam ze swojego skula. Ech, znajdź człowieku rozum i złapaj się go mocno xD
A Ed? Jaki on tam przesadzony. To Homunculus był już tak wykończony i słaby, że Ed mógł przejść do skutecznej kontry. Pokazał przy tym spore umięjętności, ale przecież od początku był kreowany na kogoś wyjątkowego. Nie na darmo jest przecież najmłodszym Państwowym Alchemikiem w historii ; ]
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 10:37:00
Taak, ale póki jeszcze mu się sporo rzeczy nie udawało był do przeżycia. Gubił się w tłumie innych ambitnych, utalentowanych, genialnych, mających niesamowite umiejętności, zaskakujących. Ale tym z tyłka wziętym cudownym ocaleniem przekroczył IMO granicę przesady. Zresztą- patrz! Trafiły mu się jednak najlepsze kąski: Pride i Father. Cóż, głównych bohater jest na to skazany, więc zamiast się niepotrzebnie irytować, trzeba się chyba z tym pogodzić.
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 10:49:23
No, te najlepsze kąski to już punkt widzenia. Znaczy, Ojciec jest tu bezdyskusyjny, ale Pride nie koniecznie. Może i był main przydupasem Ojca, ale mnie tam bardziej jarały kwestie związane z Envym i Wrathem. A że Ed rozwalił wreszcie jednego homunculusa (Ojca nie liczę) to imo w pełni mu się należało : ] No i trzeba się pogodzić z tym, że Ed także był ambitny, utalentowany i miał niesamowite umiejętności. Było tak od samego początku, tyle że siłą rzeczy Stalowy przez cały czas się rozwijał.
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 22:32:39
Racja, punkt widzenia i oczywiście osobiste sympatie i zainteresowania.
Ale patrząc od strony czysto technicznej, Pride był, jak to ładnie ująłeś, „main przydupasem”. Jeśli spojrzymy na jego moce, był koszmarnie potężny. Gdyby ktoś mnie kiedyś zapytał: jak pokonać Envy’ego, odpowiedziałabym: spalić! (ech, on był po prostu do tego idealny). A jak wykończyć Pride’a? No idea…
No, ale mamy przecież Edzia z jego wspaniałą i niepowtarzalną umiejętnością użycia siebie jako Kamienia.
A jeśli chodzi o osobiste upodobania- z homunkulusów, które nie przeszły na jasną stronę mocy, najbardziej wielbię Wratha
[Odpowiedz]
05 lipca, 2010 o 22:37:41
Ja Envyego. Ale to jeśli chodzi o tych po ciemniej stronie mocy. Bo ogólnie, to i tak wszystkich miażdży Grido. Zresztą jego już oglądając pierwsze FMA obdarzyłem uwielbieniem. I chociaż tamten Greed i ten, a nawet obaj, w mangowej wersji, się różnią, wszyscy są mega.
[Odpowiedz]