VN:F [1.9.5_1105]
Jak oceniasz odcinek?
Wynik: 4.4/5 (37 głosów)

FullMetal Alchemist: Brotherhood 63

4 lip 18:14:32
Kategoria: FullMetal Alchemist: Brotherhood | Napisane przez Dino

Koniec podróży.

Homunculus został pokonany przez Eda, jednak w ostatnim przypływie siły zdołał jeszcze zaatakować Greeda. Lin starał się pomóc swojemu partnerowi, jednak ten go oszukał, samemu przechodząc do ciała Ojca. Nie wzmocniło to jednak tego ostatniego, a wręcz przeciwnie. Greed raz jeszcze stanął mu kością w gardle, ostatecznie jednak ginąc, po tym jak Homunculus usunął go ze swojego ciała. Po kończącym wszystko uderzeniu Eda, z jego ciała uciekły także wszystkie pozostałe dusze. Wreszcie Homunculus obrócił się w nicość. Gdy było po wszystkim, powróciwszy do swej oryginalnej postaci, trafił przed Bramę. Tam dopiero doczekał się zasłużonego końca. Mimo, że walka się zakończyła, wciąż jeszcze nie można było odetchnąć. Ed musiał wymyślić sposób na ściągnięcie Ala z powrotem. Hohenheim chciał się poświęcić, prosząc Eda, by ten użył jego ciała, jednak Ed nie chciał się na to zgodzić. W końcu postanowił. Dokonał swojej ostatniej transmutacji, przenosząc siebie samego przed Bramę, gdzie w zapłacie za Ala oddał… Bramę. Tracąc zdolność używania alchemii, nareszcie odzyskał brata, po czym obaj powrócili na ziemię. Tam Ed oddał pani Bradley zarodek Selima. Gdy wszystko dobiegło końca, Hohenheim wrócił do Resembool, na grób Trishy. Następnego dnia babcia Pinako odnalazła tam jego ciało. Na jego twarzy widniał uśmiech.

Brak mi słów. Dosłownie. Nie mam zielonego pojęcia, co mógłbym tutaj napisać, nie popadając w dramatyzm. Walka dobiegła końca. Wszystko, co działo się w tym odcinku, to czysta magia. Ach! Aż mnie nosi, żeby zacząć podsumowywać, wychwalać całą serię pod niebiosa i z łezką w oku się z nią żegnać, ale muszę się powstrzymać do następnego, ostatniego odcinka. Tylko jak? Jak, kiedy ten odcinek sam zdaje się już być ostatnim? Tyle pożegnać, zakończeń. No nic, z rozczulaniem postaram się jeszcze zaczekać, na razie trzeba opisać ten odcinek. Jak najbardziej zwyczajny odcinek. Co, w przypadku FMA, oznacza że jest jak najbardziej wyjątkowy. Wspomniałem o pożegnaniach. A więc żegnamy się tu z dwoma genialnymi postaciami, Hohenheimem i Greedem. Chciwiec Greed wreszcie poczuł się zaspokojony. Jego chciwość została zaspokojona. Osiągnął to, czego pragnął najbardziej. Zdobył przyjaźń, która połączyła go z Edem i Linem. Nie ukrywałem nigdy, że Greed to jedna z moich absolutnie ulubionych postaci serii. Przy tym też mój ulubiony homunculus. I tyczy się to zarówno pierwszego jak i drugiego Greeda. Miałem już nadzieję, że jako jedyny homunculus zdoła przetrwać tą całą zawieruchę. Nie udało się, ale mimo to podobał mi się jego koniec. Jeśli już miał odejść, to fajnie, że właśnie tak. Byłeś klasą samą w sobie, Grido. No i Hohenheim. W jego przypadku z kolei spodziewałem się, że może na koniec zginąć. Choć bardziej brałem pod uwagę śmierć w walce. Muszę jednak przyznać, że sposób, w jaki Van pożegnał się z życiem, był naprawdę wspaniały. Scena na cmentarzu jest naprawdę wzruszająca, a zakończenie, już w świetle słońca, po prostu wymiotło. To znaczy, Hohenheim wymiótł. Sami chyba przyznacie, że jeśli już musieć umrzeć, to w taki sposób, z satysfakcją i uśmiechem, byłoby nieźle, co? A tak, no i nie można zapomnieć o Homunculusie. On z kolei skończył dość żałośnie, mimo osiągnięcia boskiej mocy. Mówię oczywiście o jego końcu, że tak się wyrażę, cielesnym. Scena przed Bramą to już zupełnie inna historia. Cieszę się, że ostatecznie znowu zobaczyliśmy go w pierwotnej, zdecydowanie najfajniejszej postaci. To właśnie w niej Homunculus był najbardziej interesujący i najprzyjemniej mi się go oglądało. Nawet go wtedy lubiłem, podczas gdy jego ojcowską formę uważałem za zwykłą mendę. Może to dlatego, że nie wyzbył się wtedy jeszcze swoich siedmiu grzechów. Był dzięki temu bardziej interesujący. Teraz, na koniec, znowu taki był. I scena przed Bramą była kolejnym etapem narastania nostalgii, towarzyszącej zakończeniu serii. Nic to jednak w porównaniu z drugą sceną przed Bramą, którą mamy w tym odcinku. Ed i Al wrócili, znowu będąc sobą. Al odzyskał ciało. Historia ich podróży dobiegła końca. Tym samym końca dobiegła historia Stalowego Alchemika. Teraz pozostali Edward i Alphonse Elric. Długa była to podróż, pełna wrażeń, wzruszeń, strachu i radochy. A wszystko to zwieńczy ostatni rozdział ten fenomenalnej historii. Dlatego na razie nie poświęcę zakończeniu tej podróży zbyt wiele miejsca. Niech to jeszcze zaczeka.

FullMetal Alchemist: Brotherhood 63, 4.4 out of 5 based on 37 ratings

33 odpowiedzi dla “FullMetal Alchemist: Brotherhood 63” RSS icon

  1. Greeda szkoda >< Strasznie dziwne to uczucie. Oglądasz te 60+ odcinków mając wielką nadzieję, że chłopakom uda się dopiąć swego. Po czym im się udaje. Ale jak się z tego cieszyć, skoro oznacza to koniec zabawy? Ech, ile jest serii, które wywołują tyle emocji? Na palcach jednech mechanicznej łapki możnaby policzyć. Ale nie rozpisuję się, skoro to jeszcze nie koniec :)

    [Odpowiedz]

    Każda dobra seria czy gra pozostawia smutek gdy się kończy. Człowiek czuje że wraz z nimi umiera cząstka jego samego. Dziwnie to brzmi, ale ja tak właśnie się czuję.

    [Odpowiedz]

  2. aż dziwnie się robi oglądając tą końcówkę…
    Jesteśmy tacy podekscytowani a zarazem smutno nam że to już wszystko.
    KOCHAM TO!

    [Odpowiedz]

  3. Kurcze najlepsze anime jakie oglądałem właśnie się kończy, dziś ostatni odcinek który zaraz obejrzę. Już czuję tą pustkę związaną z końcem Alchemika, ale lepiej że kończą serię z klasą niż jak by mieli ciągnąć jeszcze 40 odcinków nie na poziomie.
    Strasznie smutne były odejścia Greed’a oraz Hohenheima. Alchemik po raz kolejny pokazuje nam jak to się robi. BONES to jednak mistrzowie.

    [Odpowiedz]

  4. Wyłamię się z panującego entuzjazmu. Te kilkadziesiąt odcinków, do momentu, aż nie zaczęła się bezpośrednia konfrontacja z Ojcem cechowało się dużą ilością zwrotów akcji, krótkimi acz, dynamicznymi pojedynkami i brakiem naiwności, jaką niekiedy można znaleźć w shounenach. Ostatnie odcinki jednak tracą dwie z wymienionych cech. Kiedy postacie wciąż się nawalają to nie mają szansy pokazać swojego oblicza w pełni. Kiedy Mustang walczył z Envym, to czuć było jego nienawiść, był on jakby postacią z krwi i kości. Ale kiedy w 61 odcinku pomaga wykończyć Ojca jest już zaledwie jednym z wielu. Podobnie jak Scar, Major Amstrong i Generał-Major Amstrong, Risa i inne drugoplanowe postacie, które stanowiły o sile tej serii w nie mniejszym stopniu niż główni protagoniści. Swoją drogą Ojca jakoś tak zbyt łatwo wykończono – na zasadzie nec Hercules contra plures. Seria zaczynała się dość ambitnie (ot weźmy wątek z wojną w Ishival, czy alchemikiem, który zmienił w himerę własną córkę) a kończy się ładną, ale jednak nieustanną nawalanką. W sumie ten sam „błąd” popełnił Soul Eater. :-(

    O pierwszej serii Fullmetal Alchemist mówiło się niekiedy jako o anime wszehczasów. Jest to opinia grubo przesadzona. Ale Fullmetal Alchemist Brotherhood jest z pewnością znajduje się w czołówce shounenów jakie wyprodukowano w I dekadzie XXI wieku. Gdybym miał to ocenić w skali 1-10, to w żadnym razie nie dałbym mniej niż 7/10 a i 8/10 nie uznałbym za ocenę przesadzoną. Nadchodzi jednak II dekada nowego stulecia i jakie perełki ona przyniesie? Pożiwiom, Uwidim. :-)

    [Odpowiedz]

    @J.K, Zgadzam się z Twoja krytyką J.K.
    Generalnie ostatecznie pokonanie Ojca było… zbyt łatwe, zbyt naiwne i zbyt widowiskowe.
    Nic oryginalnego – kolejny „zUy bohater” wykończony (prawe że) w walce na pięści, który zrobił kolorowe Ka-Bum, usłyszał pouczenie i poszedł „żałować za grzechy”. Liczyłam na coś bardziej sensownego… Może coś bardziej psychologicznego?
    W każdym razie miałam nadzieję zobaczyć coś mniej… przewidywalnego.
    Bo to było przewidywane. – Praktycznie 9 na 10 historii z gatunku shounen się tak kończy!
    =/

    W całym odcinku (i w rozdziale mangii) spodobała mi się scena „Edward przed Bramą” – cała tamta konwersacja (oraz decyzja Eda o oddaniu swojej alchemii) w istocie była oryginalna i ciekawa, pouczająca i wzruszająca. To na wielki plus.

    Hohenheim na szczęście nie zginął w walce, tylko pozwolił sobie na bycie romantycznym. I melancholijnym :P – gdyby stracił życie na polu bitwy jego postać straciłaby duuuuużo. Do prawy! :)
    Nigdy nie był typem żołnierza, więc śmierć w ferworze walki nie oddałaby honorów jego osobie. On kochał kobietę – i do tej miłości go ciągnęło (był typem bohatera romantycznego: wiecznie z głową w chmurach, tęskniący za czymś odległym).

    Jeszcze pytanie J.K:
    Dlaczego uważasz, że opinie o pierwszym anime FMA z 2003 roku są mocno przesadzone?
    Chodzi o zakończenie czy o idee fabuły jako-takiej?
    Co byś wytknął?

    Za zakończenie serii z 2003 roku uważam odcinek 51, nie film pełnometrażowy.
    (Film kinowy to shit jakich mało, jedyny jego atut to walka Wratha z Gllutonym, ale całe szczęście nie trzeba oglądać całości – na YouTube można oglądnąć samą walkę, posklejaną w całość, bez tych pseudofabularnych wstawek z udziałem innych postaci :P )

    Kurcze dla mnie anime z 2003 to jedno z najukochańszych serii, mam do niej olbrzymi sentyment, ale też dystans.
    Celem reżysera było ukazanie historii o dorastaniu i podejmowaniu decyzji. I chyba to mi się podobało: mniej gagów, a więcej wątków psychologicznych.
    Dialogi z mangi Arakawy zostały przypasowane czasami do innych scen, nadając inne przesłanie np: scena z tomu 3, kiedy Edward buntowniczo wykrzykuje do Mustanga „Jesteśmy tylko ludźmi! Słabymi, bezsilnymi ludźmi…!” – w tej scenie w Edwardzie czuje się złość i smutek, ale dominuje gniew i negacja niesprawiedliwych zasad, którymi rządzi się świat. W anime z 2003 roku ten dialog jest przeniesiony do odcinka o Barrym Chopperze. Edward wyrzuca z siebie słowa równie gwałtownie, ale uczuciami, które się przede wszystkim odbiera jest bezsilność i rozpacz. Też jest zły, że nie może nic zrobić, że nie ma możliwości, by zmienić reguły świata i ta świadomość go osłabia.
    Ta scena w anime mnie wgniotła w fotel, poraziła i dała do myślenia.
    Niby te same słowa, te same powody do refleksji, a twórcy uwydatnili inne emocje dominujące. Raz gniew, raz rozpacz.
    Cały czas mam wrażenie, że wraz z momentem, gdy manga i anime powędrowały innymi ścieżkami bohaterowie ewoluowali w zupełnie różnych kierunkach. Że Edward z FMA, to nie ten sam Edward co w FMA:B. Gdyby Edwarda z FMA, z odcinka przykładowo 44 wyciąć i przykleić do FMA:B do epizodu 63 – jak myślicie, czy zachowałby się tak samo?

    [Odpowiedz]

    @Vill,

    Dobra, muszę się przyznać, że serii z 2003r. jeszcze jakoś nie miałem okazji oglądać… ale szybko to nadrobię. Więc, może uznajmy, że tą część zdania póki co za niebyłą. Sorry, że powielam cechę, „nie widziałem, ale inni widzieli i oni piszą…” – to strasznie nieprofesjonalne.

    [Odpowiedz]

    @J.K, Grzeszysz, oj grzeszysz ;)

    Ale wybaczam i serię polecam.
    Dobra historia, bardziej refleksyjno-psychologiczna niż FMA:B, mniej gagów, różna fabularnie, ale myślę, że Tobie przypadnie do gustu (tak wnioskuję z Twoich komentarzy, że lubisz głębiej analizować bohaterów i zawiłości fabularne – będzie ku temu okazja) :)

    Nie wiem jak serię ocenisz – na pewno będziesz na nią patrzyła przez pryzmat Brotherhood, tak jak ja patrze na FMA:B przez pryzmat FMA, ale zapewniam, że jest to kąsek wart skosztowania :)

    [Odpowiedz]

    @Vill,

    „Nie wiem jak serię ocenisz – na pewno będziesz na nią patrzyła przez pryzmat Brotherhood, tak jak ja patrze na FMA:B przez pryzmat FMA, ale zapewniam, że jest to kąsek wart skosztowania”

    Mam nadzieję, że to tylko literówka. Bo jestem facetem, a nie kobietą :-)

    [Odpowiedz]

    @J.K, Literówka – sorki :P

    A FMA jeszcze raz szczerze polecam.

    Miło byłoby poznać Twoją opinię :)

    [Odpowiedz]

  5. J.K nie do końca się z tobą zgodzę.
    A co do Soul Eater (mimo że bardzo go lubię) to masz rację ale co do FMA się mylisz.

    Może i była efektowna rozpierducha na sam koniec ale w żaden sposób nie umniejszyła nic postaciom, spójrz tylko:
    Jak złożoną postacią był Greed, pragnął całego świata, a tak naprawdę jedyne czego potrzebował to jeden przyjaciel.
    Hohenheim poszukujący swojego katharsis, niespełniony ojciec.
    Envy zazdrościł ludziom którymi gardził i uważał za niższe od siebie.
    Wrath w walce ze Scarem kwestionował religię Scara i mówił o tym, że wystarczy tak niewiele by porzucili swoją wiarę.
    Mentalny spór Linga z Wrathem o definicję króla, pierwszy uważał że ten nic nie znaczy bez poddanych o których powinien dbać, a drugi że poddani są to oni są dla niego nie on dla nich.
    Kimbley trzymał z homunculusami ponieważ ciekaw był jak potoczy się ewolucja ludzkości a został zagryziony przez Lwa, istotę dziką i prymitywną.
    Sam Homunculus przed bramą również był dość wymowny zapytał chyba „czy to źle że pragnął wszystkiego, stać się istotą doskonałą”, a potem przyszedł Elric i na pytanie boga „czy zdecyduje się zostać zwykłym człowiekiem” ten odpowiedział skromnie że zawsze nim był.
    To wszystko z ostatnich odcinków więc nie wyskakuj że seria zaczęła się ambitnie, a kończy nawalanką bo seria mimo iż dyskretnie to jednak wciąż porusza ambitne tematy.

    [Odpowiedz]

    @sirpeter,

    No w zasadzie może i masz z tymi ich poglądami rację, ale one zdają się być tak jakoś przy okazji walki. Na zasadzie „Dobra panowie! Teraz będziemy się nap… po mordach i ci, którzy przegrają przyznają się, że nie mieli racji”. Brak mi tutaj wyraźnej puenty, pewnego równouprawnienia poglądów postaci. Tymczasem Ojciec, Kimbley to postacie negatywne i trudno ich bronić, bo „przegięli pałę”, a zatem ich poglądy są nam obce niejako z założenia. FMA:B pod koniec ma w sobie trochę jednak moralizatorstwa, który nie był tak wyraźny na początku. Kiedy Edward oskarżał alchemika, który zamienił swoją córkę w chimerę sam także nie był bez winy, bo sam próbował zabawy w Boga. To było bardzo mocne podsumowanie odcinka, walnęło mnie w czachę z siłą młotka, mimo, że znałem przecież zakończenie rozdziału z mangi. Tego walnięcia nie czułem w odcinku 63. Tam po prostu Ojciec wpierw przegrał, a dopiero potem, niejako z musu musiał przyznać, że być może nie miał racji.

    Z kolei Spór Linga Z Wrathem, też jest oparty na bardzo klarownych przesłankach, widz nie będzie się zastanawiał, czy może Wrath ma rację. To fajna postać, złożona i jedna z najlepszych w serii (z homunculusów wyprzedza go tylko Envy), ale nie potraktowałbyś go chyba na poważnie na początku XXI wieku, gdzie nawet dyktatorzy udają, że mają realne poparcie ludu i coś dla niego robią. Gdyby to zostało przedstawione z pozycji: doświadczony przywódca i zarazem cynik, kontra idealizm młodego pretendenta do tronu, to kto wie, ale w tej postaci, mało kto by się z Wrathem zgodził.

    To samo z Envym. Najpierw spalono go na popiół, potem Edward zaczął z nim gadać i powstrzymywać Mustanga, by ten go nie zabijał, „bo nie jesteśmy tacy jak oni”. Envy zabił Mustangowi najlepszego przyjaciela, a więc w tym momencie zadając Enviemu niepotrzebne cierpienie (palenie gałek ocznych, przecież to była czysta zemsta) był on bardziej naturalny, niż naciągana litość Edwarda.

    Może posłużę się Biesami Dostojewskiego. Mówi się, że Dostojewski pozwala się wypowiedzieć swym postaciom na kartach swych książek. Jak jednak zauważył Bronisław Łagowski nie zmienia to jednak faktu, że idee te są podane w sposób wręcz paszkwilancki, nikt nie będzie ich nawet rozważał, tylko z miejsca odrzuci. I tak też jest z FMA:B Ojciec może chcieć stać się wspaniałą istotą, co z tego, skoro chce dla tego celu poświęcić miliony. Kimbley może chce zobaczyć rozwój ludzkości, ale to przecież psychopata lubiący niszczyć – typ chyba raczej niezbyt przekonujący. Co innego chimera, która go zagryzła.

    Wrath, który mówi, że Scar może porzucić swą religię: czy kiedy mówi się takie rzeczy człowiekowi głęboko wierzącemu gdy jest się czyimś wrogiem, to poddaje się jego wiarę w wątpliwość, czy też tylko się go zachęca do utwierdzenia się w swoich poglądach? To jest dyskusja dobra na poranek przy kawie z przyjacielem, ale nie zajadłym wrogiem.

    I wreszcie Edward, który mówi bogu, ze zawsze był człowiekiem: ale przecież on także wykroczył poza pewne prawa, próbował dokonać ludzkiej transmutacji, rościł sobie prawo do czynienia rzeczy, który tylko bóg mógł dokonać. I tego nie bierze pod uwagę? Nie bierze pod uwagę, że on także zgrzeszył?

    Ale warto jeszcze rz podkreślić, że te zarzuty stawiam wobec końcówki, a nie całości. Bo FMA:B to i tak najlepszy shounen jaki do tej pory widziałem.

    Tak w zasadzie muszę, przyznać, że ostatnim anime, które mnie zaskoczyło pod względem przesłania był Casshern: Sins

    [Odpowiedz]

    @J.K,

    I wreszcie Edward, który mówi bogu, ze zawsze był człowiekiem: ale przecież on także wykroczył poza pewne prawa, próbował dokonać ludzkiej transmutacji, rościł sobie prawo do czynienia rzeczy, który tylko bóg mógł dokonać. I tego nie bierze pod uwagę? Nie bierze pod uwagę, że on także zgrzeszył?

    Wykroczył i mu się to nie udało. Zgrzeszył i o tym wie. Dlatego przyznaje, że zawsze był człowiekiem.
    Poza tym Ed nie wierzy w boga, a przynajmniej wcześniej nie wierzył. Ciężko, żeby uważał się za kogoś, w kogo istnienie nie wierzy. Jasne, w końcu spotkał boga, więc może mu się odmieni, ale z drugiej strony nie jest to raczej taki bóg, jaki odpowiadałby ogólnym wyobrażeniom tego rodzaju bytu.

    Casshern Sins. Ach, cudo kochane.

    [Odpowiedz]

    @Dino,

    Ok. Ale przyznał, to jak już mu się nie udało zawłaszczyć dla siebie trochę tego, czego nie powinien. Powiedziałbyś bogu, gdybyś stanął z nim twarzą w twarz, że nadal niego nie wierzysz, tudzież, że nie uznajesz jego monopolu na pewne sprawy.

    A zatem znowu mamy trochę moralizatorstwa, na zasadzie : nie udało się, a zatem nie miałem racji.

    Problem z przesłaniem serii jest taki, że nie rozważa, co by było gdyby „ok może mi się nie udało, ale co by było, gdybym miał choć cień szansy, że dopnę swego?”.

    A tymczasem „Ok chłopaki, przegrałem mieliście rację od początku. A teraz zapomnijmy o całej sprawie i chodźmy się dalej bawić”.

    Wiem, że tworzę jakieś hipotezy, że autorowi chodziło zapewne o to, że człowiek powinien nie wykraczać poza pewne bariery (utrata ciała przez braci Elric), a zarazem cieszyć się tym co ma (homunculusy koniec końców zazdroszczą słabym ludziom, choć są niezmiernie potężne)

    [Odpowiedz]

    @J.K,

    Powiedziałbyś bogu, gdybyś stanął z nim twarzą w twarz, że nadal niego nie wierzysz

    Ba.

    Nie uważam, że wszystko zakończyło się tak jednowymiarowo, jak sugerujesz. Spodobał mi się bardzo koniec Homunculusa. Zanim jego fizyczne ciało zniknęło, zaczął jęczęć, że chciał wolności. Że chciał opuścić kolbę. Może więc jednak nie jest tak, że zło przegrało, bo jest złe. Może zło było złe z konkretnego powodu. Może miało pragnienie. Może starało się być dobre, dobro upatrując w wolności całkowitej i próbując ją osiągnąć za wszelkę cenę. Może zło nie do końca rozumiało. Może było tak, bo zrodziło się z człowieka, tak przecież niedoskonałego. A może zło miało prawo być w tej sytuacji złe. Dla mnie FMA wcale nie utraciło na koniec swojej subtelności. Myślę, że na tym polu wciąż ma się czym popisać.

    [Odpowiedz]

    @Dino,

    Kto by nie miał racji, jedno należy FMA:B przyznać – budzi kontrowersje, i pozwala toczyć dyskusje bardziej subtelne niż 90% shoueneów a także wiele innych anime spoza tego kręgu demograficznego. Tak jak Elfen Lied – anime wzbudza wielkie emocje pośród zwolenników i przeciwników, ale już sam fakt, że udało mu się tak rozpalić wyobraźnię świadczy w jakimś sensie na jego korzyść. W każdym razie tak też należy rozumieć kontrowersje wokół FMA:B.

    Dobranoc :-)

    [Odpowiedz]

    @J.K,
    Ekurat Elfen Lien to niezbyt dobry przykład. Tam cała uwaga twórców skupiła się na tym, żeby wzbudzić kontrowersję. Bo nic innego nie potrafili zrobić. Zrobili fabularną papkę, zmieszali ze sobą kilka brzydkich obrazków i nakarmili tym naiwnych fanów.

    Zgadzam się jednak, że FMA naprawdę przemawia do widzów i pewnie wielu odnajdzie w nim coś innego wartego uwagi. Można o nim dyskutować, można po prostu się nim cieszyć. Dla mnie seria jest wielka.

    Dzieńdobry ; ]

    [Odpowiedz]

    @Dino, Chyba najlepszym dowodem na to, że Alchemik serią ambitną był do końca jest to, że pobudza do takich dyskusji :)

    Co do Edwarda i kwestii jego wiary w Boga to obydwaj nie zwracacie uwagi na jeden istotny fakt; Edward stojąc przed Bogiem nie uwierzył, on po prostu się dowiedział. Wierzyć w Boga, a wiedzieć o jego istnieniu to dwie osobne kwestie. Ateista nie szuka dowodu na istnienie Boga by w niego uwierzyć. Uwierzcie mi wiem co piszę. Tak więc Edward pozostał w moim mniemaniu ateistą do końca.

    Sposób w jaki Alchemik porusza kwestie wiary, człowieczeństwa i tym podobnych spraw
    doskonale mi odpowiada. Wolę takie subtelne poruszanie poważnych tematów przy okazji jak fabuła gna do przodu niż jak by mnie główni bohaterowie mieli zadręczać pseudofilozoficznym bełkotem i zarzucać cytatami z różnych źródeł tak jak to robił na przykład GITS: Innocence.

    „A zatem znowu mamy trochę moralizatorstwa, na zasadzie : nie udało się, a zatem nie miałem racji”-znowu się nie zgodzę, pokonany Wrath umierał szczęśliwy, zadowolony ze swojego życia, pewien swoich poglądów i bez cienia współczucia dla swojej żony.

    Co by nie pisać chyba to zgoda, że FMA:Brotherhood wybitnym anime jest.

    [Odpowiedz]

    Co do Edwarda i kwestii jego wiary w Boga to obydwaj nie zwracacie uwagi na jeden istotny fakt; Edward stojąc przed Bogiem nie uwierzył, on po prostu się dowiedział. Wierzyć w Boga, a wiedzieć o jego istnieniu to dwie osobne kwestie. Ateista nie szuka dowodu na istnienie Boga by w niego uwierzyć. Uwierzcie mi wiem co piszę. Tak więc Edward pozostał w moim mniemaniu ateistą do końca.

    Zgadzam się. Stąd też moje „Ba” cztery posty wyżej w odpowiedzi na pytanie J.K. Tyle jednak mogę powiedzieć w swoim imieniu. W głowie Eda nie siedziałem, więc nie wiem, do jakich on wniosków doszedł, ale mam nadzieję że pozostał przy swoim.

    [Odpowiedz]

    @Dino,

    FMA:B jest oczywiście serią ambitną ale w swej kategorii, a zatem jako Shounen. W wielu podobnych produkcjach „źli są źli… bo są źli” i już. Nie ma niekiedy w ogóle przytoczonych ich racji, są to często psychopaci, albo inne świry, których nie sposób brać poważnie. w FMA:B tak nie jest, ale podział na dobro i zło pod koniec jest dużo bardziej wyrazisty niż na początku. Racje antagonistów są co prawda przedstawione, ale nie zmienia to faktu, że niejako z założenia większość z nich nie ma racji. Dlatego uważam, że FMA:B w gatunku shounenów bardzo zbliżył się do ideału, ale jednak jest to „rewelacja” a nie „rewolucja”, nie narusza ona bowiem kanonów gatunku, choć rozwija je do granic możliwości.

    [Odpowiedz]

    @J.K,
    Co nie przeszkadza mi ani trochę, żeby traktować tej serii jako anime wybitnego. To prawda, wswojej kategorii zmiata całą konkurencję. Ale nawet poza nią jest jednym z najlepszych anime jakie widziałem. Oczywiście to już zależy od indywidualnego gustu, ale dla mnie FMA to wielka seria.

    [Odpowiedz]

    @J.K,
    To raczej dobrze… wychodzi z tego wniosek taki, że FMA:B jest najlepszym (najbardziej dopracowanym i rozwiniętym) shounen jakie najprawdopodobniej miałeś okazję oglądać… Tak?

    Chcesz czegoś dojrzalszego? Polecam Wolf’s Rain, Ergo Proxy, GItSa :)

    Masz jakieś inne ambitne typy godne polecenia, J.K ?

    [Odpowiedz]

    @Vill,

    Ergo Proxy i GiTS’a (innocence) widziałem, dlatego FMB:A nie jest mnie w stanie zaskoczyć jako anime jako takie, ale shounen już tak. I tak FMA:B jest najlepszym, najbardziej rozwiniętym jakie miałem do tej pory okazję oglądać. Ale jako anime w ogóle… tak właściwie to nie wierzę, że istnieje anime w ogóle najlepsze, choć poszczególne tytuły mogą być najlepsze w swoich gatunkach.

    [Odpowiedz]

    @J.K,

    Ok. Ale przyznał, to jak już mu się nie udało zawłaszczyć dla siebie trochę tego, czego nie powinien. Powiedziałbyś bogu, gdybyś stanął z nim twarzą w twarz, że nadal niego nie wierzysz, tudzież, że nie uznajesz jego monopolu na pewne sprawy.

    Ale Ed jest naukowcem, a takowi z założenia są ateistami (aby się wyzbyć bodźców wszelakich przeszkadzających w badaniach: obalaniu bądź udowadnianiu) i jako naukowiec nie może założyć, że coś nie istnieje „bo nie” – nie ma dowodów to nie ma, ale zawsze pojawia się możliwość, że dowody się pojawią.
    ED spotkał Boga, ale dla niego Bóg nie był Bogiem tylko Prawdą.

    Oglądałeś może „Eryka Wikinga”? Tam jest taki motyw: z bandą wikingów podróżuje kapłan chrześcijański: kiedy ekipa trafia pod wrota Walhalli kapłan twierdzi, że nic nie widzi: przechodzi przez wrota jak duch, nie widzi tamtejszych bogów, potworów, walkirii – dla wikingów natomiast wrota są rzeczywiste, atakujące ich potwory są z krwi i kości.
    Chodzi o to, że ostatecznie się widzi to, co chce się zobaczyć.

    Wszak Prawda tłumacząc Homunkulusowi kim jest, kończy wypowiedź frazą: „Jestem Tobą.”

    Ed nie musi wierzyć w Boga – on ufa Prawdzie i to ją uznaje za siłę wyższą. :)

    [Odpowiedz]

  6. E?

    Porusza ambitne tematy, a owszem…
    Porusza, ale zostawia mało miejsca na refleksje – wszystko od razu zostaje nazwane jednoznacznie po imieniu…
    No, może przesadzam… Envy – mój faworyt od samego początku, w obydwóch wersjach – skończył bardzo sensownie. Właściwie z jego wypowiedzi już wcześniej można było wyciągnąć odpowiedź. :)

    Ale wybacz: jak pokonać Boga? Nachrzaniaj go na pięści! :P
    Taaaak… idealny sposób na obalenie istoty wyższej, to zniżenie się do najprymitywniejszego sposobu walki (?).
    ;)

    [Odpowiedz]

    @Vill,
    Jakiego boga? Gdy oni go nawalali, praktycznie nic już z jego boskości nie zostało. Był nadal mocny, ale stracił to wszystko, co miało stanowić o jego boskości. Stał się, że tak to nazwę, bogiem niedoskonałym. Ułomnym wręcz.

    [Odpowiedz]

    @Dino, Wybacz, ja ma tendencję do żartu czarnego, sarkastycznego, może ironicznego (?) :P – łatwo poznać, kiedy moje wypowiedzi należy czytać z przymrużeniem oka: zawsze dodaję emotę ;)

    Spoko, zdaję sobie sprawę jak to było z Ojcowską Boskością :)
    Co nie zmienia faktu, że i tak motyw z nawalaniem na pięści mi się nie specjalnie spodobał. Mało alchemiczny. Od walki na piąchy jest Naruto, SonGoku i Scar (chociaż i on nie do końca) – motyw nie w klimacie serii po prostu. I zbyt stereotypowy dla shounen.

    [Odpowiedz]

  7. Zgadzam się, że seria dość nieoczekiwane zakończyła się wielką jatką. Niemniej, nie czuję z tego powodu zawodu. Jak napisał Sirpeter, w całej tej rozpierdziuszce wciąż mieliśmy rozwój charakterów postaci. Rozwój, bądź konkluzję. I nie wydaje mi się, jakoby zostały one potratkowane na koniec po macoszemu. Gorzej by było, gdy każdy z osobna próbował walczyć z Ojcem. Po pierwsze, wyglądałoby to cokolwiek glupio, po drugie i ważniejsze, bezsensu by było, gdyby z kimś tak potężnym chcieli walczyć solo. Gdyby każdy miał wychodzić na pierwszy plan. Po to wcześniej wszyscy mieli takie solowe akcje, żeby teraz mogli spokojnie zagrać ramię w ramię. Jeśli chodzi o łatwość, z jaką przegrał Homunculus, to czy nie jest to w pełni uzasadnione? Przecież wszystko jest wyjaśnione. Jedno wynika z drugiego. Nie ma tak, że go nagle mocno obili, więc padł. Na wszystko złożyły się misterne plany, które pozwoliły na to, żeby mogli go pokonać a nawet w ogóle z nim walczyć. Poza tym patrząc na wymiar strat, zarówno w ludziach jak i materialnych, po stronie dobrych, nie poszło im znowu tak gładko.

    A teraz co do tego FMA anno domini 2003. Dla mnie również seria jest świetna. Była moim pierwszym kontaktem z FMA i jest jedną z najmilej wspominanych przeze mnie serii. Niemniej, gdy potem zacząłem czytać mangę, zobaczyłem, że tamto anime, choć samo w sobie bardzo fajne, nie dało jednak rady wykorzystać pełni potencjału, które dawał mu oryginał. Manga, a co za tym idzie również nowe anime, jest dużo lepiej poprowadzona, dużo bardziej złożona. Jeśli miałbym porównywać, bez najmniejszych wątpliwości postawiłbym nowe anime ponad porzednim. Niemniej wciąż uważam to pierwsze za bardzo dobre. A co do kinówki, to mi akurat się podoba. Miała sporo fajnych smaczków, miły klimacik. Dla mnie na plus. Chociaż miała oczywiście sporo minusów, jak choćby antagoniści, którzy byli kompletnie nijacy, czy np. to, co zrobili z Envym czy też Hohenheimem.

    [Odpowiedz]

    Anime w zasadzie musiało zakończyć się jatką. Postaci, które posiadały zdolności walki, alchemii było dużo, a podział na drużyny był tak wyrazisty, że żadnych ustępstw być nie mogło. To samo było z Soul Eaterem – dużo postaci walczących, misja ocalenia świata, nie mowy o paktowaniu, tylko walka na upadłego. Zresztą w ten sposób kończy się wiele serii i jest w sumie nieraz bardziej satysfakcjonujący niż pozostawienie sprawy otwartej. No może znowu posłużę się przykładem Casshern: Sins.

    [Odpowiedz]

  8. Jak zawsze czytam komentarze do opisu, tak teraz sobie odpuszcze…zdecydowanie za dużo i zbyt długie xD
    A co do 63 odcinka, jejku ile ja się napłakałam! Jak zwykle FMA mnie nie zawiodło…teraz tylko czekać na ostatni odcinek, pewnie będzie jednym z luźniejszych w serii, przynajmniej taką mam nadzieje :] Na koniec trza się ładnie usmiechnąć i z łezką w oku pożegnać cos tak nieziemskiego jak FMA B ;_; ah, to chyba jednak bedzie ponad moje siły, rozryczę się na maksa xD

    [Odpowiedz]

  9. No to widzę, że się wszyscy rozpisali. Co jak co nawet pomimo tego, że przeczytałem już mange, dalej z niecierpliwością czekam na następny odcinek (wiem, że już wyszedł ale wole se go zostawić na jutro). Inną sprawą jest, że lubiłem również zwykłego alchemika, jednak dopiero ta wersja w pełni pokazała jego możliwości (początek był kontrowersyjny, ale dało rady) . Teraz tylko czekam aż dostane w swoje łąpki mange ahciemika po polsku (jeszcze tylko 8 tomów do wydania). Co do płaczu też mnie cisło – w szczególności jak zmarł Hohenhaim. Greeda było szkoda.

    [Odpowiedz]

  10. Tak z innej beczki to skrobnę, że siódmego lipca ma wyjść trzeci, ostatni soundtrack do serii. Ulżyło mi, bo właśnie zawessałem drugi, przesłuchałem od początku do końca i chociaż jest to kawał genialnej muzyki, czego oczywiście byłem pewien już wcześniej, nie znalazłem na nim jednego konkretnego kawałka, który miał być głównym daniem. Odcinek 60, czasowo ok. 15:43. Ten utwór jest fenomenalny i już się bałem, że go zabraknie. Na szczęście będzie ten trzeci ost, uff ^^

    [Odpowiedz]

  11. Czekam na odcinek ostatni…

    Mając 25 minut serialu mają przedstawić mniej niż połowę jednego rozdziału mangi… Ciekawe czy dodadzą widzą jakieś smaczki, których w mandze nie było…

    [Odpowiedz]

Skomentuj

Proszę nie zamieszczać w komentarzach linków do stron posiadających nielegalne materiały. Tyczy się to zwłaszcza witryn, z których można pobierać anime.