Sengoku Basara Two 01
Are you ready, guys?! Put the guns on! Wariactwo powraca!
Armie Takedy i Kenshina spotkały się ponownie, by zadecydować wreszcie o zwycięstwie jednej ze stron. Stron tych okazało się być jednak więcej, gdyż również i tym razem do zabawy chciał przyłączyć się Date i również tym razem toczył zażarty pojedynek z Yukimurą. Wkrótce Jednooki Smok zdobył przewagę nad swym rywalem i pokonał go, nim jednak zdążył zadać ostateczny cios, nagle bitwa została przerwana przez pojawienie się wrogich wojsk. Na ich czele okazał się stać Toyotomi Hideyoshi. Jego prawa ręka, Takenaka Shigeharu, oznajmił naszym bohaterom iż Hideyoshi żąda poddania się mu i posłuszeństwa. Ci oczywiście się nie zgodzili, a do walki z Toyotomim i Takenaką stanęli Date i Kojuurou. Ten ostatni przygotował jednak wcześniej plan, w myśl którego armie Takedy, Kenshina i Datego dokonały odwrotu. Już po zakończeniu bitwy, na jej miejsce przybył Keiji. Spóźniony, udał się do Toshiiego i Matsu. Jak się okazało, Toshiie sprzymierzył się z Toyotomim i chciał przekonać Keijiego, by ten do niego dołączył, jednak Keiji nie chciał się na to zgodzić. Takeda tymczasem dowiedział się od Sasuke, że do Toyotomiego przystał także Mouri. Tygrys z Kai postanowił wysłać Yukimurę na zachód, do Kyushu, skąd ma on później przeprowadzić atak na Toyotomiego i Mouriego. W obozie Datego natomiast doszło najwyraźniej do zdrady. Wieczorem, gdy Kojuurou doglądał przed udaniem się na spoczynek swych roślin, na spotkanie wyszedł mu Takenaka, przyprowadzając ze sobą jeńców. Chce on, by Kojuurou przyłączył się do armii Toyotomiego.
Jeny, ależ ciężko pisało mi się to streszczenie. Normalnie, zmęczyłem się. Niemniej jednak pisania nie koniec, lecz zanim przejdziemy do samego odcinka, może jeszcze kilka słów tytułem wprowadzenia. A więc oto jest pierwszy epizod drugiej serii „Sengoku Basara”, anime, które z miejsce mnie w sobie rozkochało. Pełne szalonej akcji, szalonych bohaterów i szalonej inwencji twórczej, kazało nam trochę czekać na ciąg dalszy, jednak ten nareszcie nadszedł i chwała mu za to. Jeśli ktoś nie miał jeszcze styczności z pierwszą serią, niechaj natychmiast to nadrobi. A my tymczasem przejdźmy już do jarania się samym odcinkiem.
Już początek jest świetny. Startujemy od razu z grubej rury, właściwie to nawet najgrubszej możliwej, bo z miejsca dostajemy to co w serii najlepsze – walkę Datego i Yukimury. Uwielbiam widzieć ich w akcji i cieszę się bardzo, że to iż pod koniec pierwszego sezonu walczyli ramię w ramię nie zmieniło niczego w ich rywalizacji. Ich walka jest zwariowana tak jak być powinna, a to jeszcze nie koniec miłych niespodzianek, bo na dodatek mamy jeszcze walkę Takedy i Kenshina. Kolejna bardzo fajna para i kolejna rzecz, na której widok fan serii od razu dostaje banana na twarz. A skoro już jesteśmy przy kwestii fanowstwa, to muszę się przyznać, że postanowiłem trochę poszerzyć swoje basarowskie horyzonty i zakupiłem sobie jakiś czas temu grę „Devil Kings”. Wprawdzie wolałbym, żeby nie była tak strasznie zangielszczona (Scorpio i Minotaur, dżizas), jednak mimo to zapewnia kupę zabawy. Teraz już wiem, skąd wzięła się świrowatość anime. Ale mniejsza już o grę, wróćmy do epka. Tak więc walkę Yukimury i Datego mamy, Takedę i Kenshina też, wszystko jest przesadzone i jest mnóstwo uciechy, jednak czegoś tu wciąż brakuje. A tak, oczywiście, czarny charakter. Również i on musiał się pojawić i pojawił się szybko. Przed nami następca Nobunagi, Toyotomi. Przyznam szczerze, że widząc go wcześniej na ilustracji promującej serię, mocno się zawiodłem. Gość wyglądał jak goryl, nie jak prawdziwy czarny charakter. Gdzież mu tam do Nobunagi. Teraz jednak, gdy zobaczyłem go w akcji, muszę przyznać, że się myliłem. Jasne, Nobunaga wciąż rządzi i wymiata, zarówno pod względem wyglądu jak i zachowania a już chyba przede wszystkim głosu, ale Toyotomi jest całkiem niezły. Po pierwsze jest wielki, po drugie jest strasznie silny a po trzecie, najważniejsze, ma nawalone w bani. Tym co mnie jednak najbardziej do niego przekonało, był ten patent ze zrobieniem dziury w chmurach. Wiecie, łapa w górę, niech się stanie światłość i cała sala patrzy jaki on kozak. Podobało mi się to. Nie podoba mi się za to jego przydupas. Fajnie było usłyszeć znajomy głos ale… no jak ten typ wygląda? Tu się kurde bije, a nie robi bale karnawałowe. Ech, teraz jeszcze bardziej nie mogę odżałować, że nie ma już Mitsuhide. To był prawdziwi badass. Ale z drugiej strony pozory często mylą, więc może ten cały Takenaka jeszcze zaskoczy, kto wie. Poza nowymi złymi wszystko zostaje w sumie po staremu. Oczywiście nie licząc Mouriego i Chousokabe, którzy będą teraz odgrywać zapewne dość znaczące role. Jeśli chodzi o to, co niezmienne, trzeba wspomnieć ostatnią scenę z Yukimurą i Takedą, gdzie dostaliśmy kolejną, bardzo emocjonującą wymianę zdań między tą dwójką, która zakończyła się jak zawsze rozkładającym mnie na łopatki „Yukimura! x Oyakata-sama! combo”. Nigdy mi się to nie znudzi. Niezmienne pozostaje także to, że wciąż bombardowani jesteśmy niezmierzoną liczbą imion, nazwisk, przydomków, nazw miejsc i wszelkich takich. No, ale do tego jesteśmy już chyba przyzwyczajeni.
Od strony technicznej także jest tak jak było, czyli pierwszorzędnie. Grafika stoi na bardzo wysokim poziomie, do czego przyzwyczaił nas już pierwszy sezon. Kreska bardzo ładna, tła śliczne, kolory żywe a animacja podczas walk wymiatająca po całości. Muzycznie też jest świetnie. Mamy tu zarówno dobrze znane już utwory jak i kawałki całkiem nowe. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się nowy chóralny, epicki niemal do granic możliwości utwór towarzyszący wejściu Toyotomiego. Wprawdzie również pod tym wględem nowy zły ustępuje trochę Nobunadze, ale z drugiej strony ciężko oczekiwać bardziej badasskiego motywu, niż ten Ody. Również opening, który pojawił się w połowie odcinka, nie jest moim zdaniem aż tak dobry, jak ten z pierwszej serii. Gdzie są moi tańczący żołnierze? Ech. Nawet bez nich jednak, klip jest całkiem przyjemny. A jego pierwsza scena jest wręcz fenomenalna. Utwór z openingu także jest fajny, choć ponownie muszę przyznać, że bardziej podobał mi się „JAP”. Zresztą początkowo byłem pewny, że również i tym razem mamy do czynienie z Abingdon Boys School, jednak jak się okazało jest to inny zespół, mianowicie T.M.Revolution. Zmyliło mnie to, że w obu przypadkach za mikrofonem stoi ten sam wokalista, Takanori Nishikawa. Endingu w tym odcinku nie uświadczyliśmy.
Podsumowując więc, epizod jest naprawdę bardzo fajny. Drugi sezon kontynuuje piękne tradycje pierwszego i zapowiada nam się sporo dobrej zabawy i ostrej jazdy. Jest więc dokładnie tak, jak być powinno. Niech tylko jeszcze usłyszę Datego, zagrzewającego swych ludzi do walki swoim niezrównanym engrishem i już w ogóle będę wniebowzięty. A na razie 5/5 i czekam na więcej.
Opening: T.M.Revolution – „SWORD SUMMIT”
















14 lipca, 2010 o 16:03:56
Nareszcie zaczął się 2 sezon Sengoku i to jak trafnie określił Dino z grubej rury, rozpłynąłem się gdy na starcie puścili wielbiony przeze mnie blaze crimson lotus i rozpoczęła się piękna siekanka, no właśnie zaczynając od muzy jak zwykle powala, z resztą ta seria jest dla mnie jedną 1 z najlepszy jeśli chodzi o ten aspekt, wejście nowego badassa wyszło zajebiście ta muza i to jak obronił się przed ostrzałem wyszło genialnie, nie spodziewałem się tylko że Toyotomi będzie tak wielki a po openingu wygląda na to że może być jeszcze większy. A właśnie co do openingu to mi się muzycznie podoba bardziej od JAP’a ale za graficznie dużo słabiej. Po 1 epie można wnioskować, że będzie więcej Mouriego i Chosakabe co mnie cieszy bo szczególnie tego 1 polubiłem po specialu. Oczywiście nie mogło zabraknąć genialnej wymiany zdań m. Yukimurą a jego oyakata-samą, jedyny minus to to że teraz trza czekać tydzień
[Odpowiedz]
14 lipca, 2010 o 16:16:29
Nie brałbym tego gigantycznego Toyotomiego z openingu za wykładnię tego, co zobaczymy w serii. Jak pisałem wyżej sprawiłem sobie grę „Devil Kings” i tam na końcu intra pojawia się ogromny Nobunaga, a przecież nigdy takich rozmiarów nie przyjmował. To raczej tylko taki zabieg artystyczny.
[Odpowiedz]
14 lipca, 2010 o 17:28:27
Zostawili Basarę prawie na sam koniec, więc trochę się naczekaliśmy, ale było warto ^^. Jak dla mnie nowy opening jest świetny, wiadomo, że poprzedniemu trudno dorównać, ale imho całkiem nieźle sobie poradzili. Pasuje do Sengoku Basary. Nie wiem, jak inni, ale ja praktycznie cały odcinek czekałam na combo Yukimura! / Oyakata-sama! i byłam przeszczęśliwa, jak pojawiło się pod koniec odcinka. W ogóle zauważyliście, że Yukimura po uderzeniu nagle zgubił bandaż? Chyba wyleczyła go pięść jego pana o.O. A jeśli chodzi o tego Toyotomiego, to mało nie padłam, jak zrobił dziurę w chmurach. Poczułam, że naprawdę znowu oglądam Sengoku Basarę ^^.
[Odpowiedz]
14 lipca, 2010 o 17:35:04
Ta, ten bandaż na początku też mnie zdziwił, aż przez moment pomyślałem że graficy się zapomnieli. Ale to uderzenie Takedy było tak wspaniałe że aż pomogło Yukimurze ^^ Ja tam czekałem na combo i na engrish Datego. Combo było, jeszcze druga rzecz musi się pojawić ^^ A dziura w chmurach rulez ^^
[Odpowiedz]
14 lipca, 2010 o 18:30:32
Ten nowy mięśniak przeciwko któremu walczą bohaterowie jest całkiem najs. To znaczy, mamy kolesia z włóczniami, DWOMA. Kolesia z sześcioma mieczami, kolesia z toporem, kolesia z hulahopem, kolesia z kotwicą. Więc czas najwyższy na badassa który miażdży wszystko własnymi pięściami.
Brakuje mi jedynie głosu Norio Wakamoto ;-;
[Odpowiedz]
18 lipca, 2010 o 20:11:23
YUKIMURA! OYAKATA-SAMA!! YUKIMURA!!! OYAKATA-SAMAAA!!!
Hahaha ci dwaj razem z Date to żelazna podpora tego tytułu ^^ – powiem jedno – Wszystko jest w absolutnie tak, jak powinno być.
[Odpowiedz]