Sengoku Basara Two 02
Kradzież oka to zniewaga, co krwi wymaga! Trzeba się zemścić za pomocą… engrisha!
Takenaka chciał nakłonić Kojuurou, by ten przeszedł do armii Toyotomiego. Prawe Oko Smoka oczywiście nie przystał na propozycję, przez co doszło do walki, w wyniku której Kojuurou został pojmany. Pod jego nieobecność Date został zaatakowany z trzech stron. Gdy jego armia toczyła ciężki bój z przeważającymi siłami wroga, nadjechał oddział prowadzony przez Takenakę. Date stanął do walki ze strategiem Toyotomiego, jednak okazało się, że bez Kojuurou nie szło mu tak łatwo jak do tej pory. Dopiero używając swej pełnej mocy zdołał zdominować pojedynek, jednak Takenaka wraz ze swymi ludźmi opuścił pole walki. Tymczasem szykowała się inna bitwa. Toshiie prowadził swe siły na Kenshina, co postawiło w trudnej sytuacji przebywającego u Uesugiego Keijiego. Zdecydowanie spokojniej było na dworze Takedy, skąd Yukimura ruszył wreszcie zgodnie z planem na zachód, prowadząc swój własny oddział. W drogę ruszył także Takenaka, którego kolejnym celem jest Chousokabe.
No to się nazywa kawał dobrego odcinka! Tak jak porwał mnie on już na samym początku, tak nie puścił aż do końca. Dzieje się dużo, dzieje się pięknie i dzieje się ostro. Zwłaszcza to ostatnie jest ważne, bo w końcu to Basara. Nawalanka musi być. I jest. Mamy w tym odcinku dwie bardzo fajne walki. Pierwszą oglądamy już na samym początku i jest to starcie Kojuurou z oddziałem Takenaki. Prawe Oko oczywiście jak zawsze zachwycił swoimi zdolnościami bojowymi, zresztą podobnie jak Date, który później stanął do walki już z samym Takenaką. To też jest naprawdę fajna naparzanka, zresztą tak jak całe rzeźnienie Datego podczas bitwy, nawet jeśli ulubieniec mas musiał walczyć z gościem noszącym na twarzy coś takiego. I tutaj na chwilę się zatrzymam, żeby dać wyraz swemu zadziwieniu… samym sobą. Otóż muszę z ogromnym wstydem przyznać, że wcześniej nie rozpoznałem głosu Takenaki. Owszem, wydał mi się z miejsca znajomy, ale nic poza tym. Dopiero po włączeniu drugiego odcinka rozpoznałem ten głos. A to nie byle jaki głos dla mnie, bo głos mojego ulubionego męskiego seiyu, samego Akiry Ishidy. Mogę się wytłumaczyć jedynie tym, że najwidoczniej dizajn samej postaci zbił mnie za pierwszym razem z tropu na tyle, że nawet nie zwróciłem uwagi na inne rzeczy. Właściwie to trochę szkoda mi, apropo dizajnu, że pan Ishida gra kogoś z taką facjatą. Na szczęście jestem akurat w trakcie powtarzania Slayersów, więc dzięki genialnemu Xellosowi mogę zapomnieć o jakimś tam Takenace, złodzieju, który zajumał miecz Ivy z Soul Calibura. No i w sumie mimo wszystko fajnie jednak posłuchać tego głosu w Basarze. No ale za bardzo się na ten temat rozpisałem, więc wracajmy do rzeczy. Poza dwoma wspomnianymi scenami akcji mamy oczywiście jeszcze kilka miłych rzeczy, jak choćby scenę z Kasugą i Kenshinem. Cóż, na początku pierwszej serii trochę mnie irytowały te ich sceny kończone jękami Kasugi, ale teraz zdążyłem się do nich przyzwyczaić, a chyba nawet trochę do nich zatęsknić, bo ucieszyłem się widząc kolejną taką scenę w tym odcinku. Kolejną i jak do tej pory najlepszą, bo zakończoną po prostu genialnie. Tym razem bowiem jęk pięknej nindży nie zakończył całej sceny. Tym razem mogliśmy zobaczyć co działo się po nim. Absolutne mistrzostwo. Jeszcze większym jest jednak przesycenie całego odcinka kwestiami samego mistrza engrishu – Datego. Mówię Wam, gdyby ten facet nagrał serię płyt z nauką angielskiego, bez wahania pobiegłbym do sklepu i kupił cały komplet. Jeśli chodzi o oprawę, jest na wskroś genialna. Ja wiem, że w tej serii właściwie zawsze tak jest, ale mimo to muszę jej trochę posłodzić. Animacja w czasie walk wymiata i można jedynie życzyć samemu sobie, żeby więcej tytułów mogło się pochwalić takim jej poziomem. Co więcej, kilka ujęć z tego odcinka jest naprawdę pięknych. Np. zbliżenie na miecz Kojuurou gdy trzyma go Date. Wygląda on tam wspaniale z tym wyrytym napisem. Albo widok siedziby Toyotomiego. Jeny, jakże to śliczne! Do tego muzyka jak zawsze potęgowała siłę każdej kolejnej sceny, obojętnie, czy ilustrowała jakąś akcję czy dialog. Szczególną uwagę pod tym względem przykuwa scena, w której ludzie Datego informują go o ataku i uprowadzeniu Kojuurou. Po prostu brak mi słów na to, jak dopracowana jest ta seria. Jak cała ocieka wysiłkiem i fantazją swych twórców. Absolutne 5/5, bez dwóch zdań.
















10 sierpnia, 2010 o 14:38:00
Solidny odcinek, tutaj się zgadzam, ale jakim cudem porucznik homo tak przyłożył Datemu? I czemu przy pokazywaniu herbu na plecach nie było nawet kropli krwi?
Oj tak, widok bardzo mi się spodobał aż screenshota zrobiłem, no ale basara zawsze miała bardzo porządną grafikę.
[Odpowiedz]
10 sierpnia, 2010 o 16:51:15
Na to pytanie odpowiedziałem już w opisie. Kurde, ten facet mówi głosem Xellosa, Kaworu, Katsury, Shinkohyo. Niczego więcej mu nie trzeba. A tak serio, to nie przyłożył, tylko zaskoczył Datego, bo ten do tej pory zawsze był wspierany przez Kojuurou. Ale jak już Date zaczął walczyć na serio, homuś się zdeczka zdziwił. A krwi nie było na plecach, bo przecież wyraźnie widać, że pod rozdartym, niebieskim wdziankiem Datego, jest jeszcze panceż. Całe saskoczenie Datego i jego ludzi nie wynikało z tego, że Takenace udało się zranić Datego, bo mu się nie udało, ale z tego, że udało mu się go trafić w placy. Do tej pory było to nie do pomyślenia, bo Date miał swoje Prawe Oko. Stąd ten zonk. Date jakby w jednej chwili został zdegradowany z pozycji boga wojny do zwykłego żołnierza. To jak w drugim Matrixie, kiedy jeden z ludzi Merowinga zranił Neo, a Merowin walnął „Widzicie? To tylko człowiek.” : ]
[Odpowiedz]
11 sierpnia, 2010 o 16:12:21
Pancerz… kurde nie zauważyłem go pod spodem.
Ten sam głos co Xellos i Katsura? Nie słyszę podobieństwa xD
[Odpowiedz]
12 sierpnia, 2010 o 18:30:47
Bo twarz tego gościa zaburza odbiór, sam tak miałem w pierwszym epku ^^
[Odpowiedz]