Bleach 283
Koniec walki samotności i blamażu poświęcenia.
Gdy Starrk miał właśnie zabrać się za wykończenie Love’a i Rosego, został nagle raniony od tyłu. Napastnikiem okazał się być Kyouraku, który tym samym powrócił do walki z Primerą. Pokazał mu przy tym zdolności swojego shikai, polegające na graniu w proste gry. Wciągnięty do zabawy Starrk musiał dostosować się do ich zasad i tak rozpoczęła się zażarta walka pomiędzy obydwoma panami. W końcu Kyouraku zdołał wyeliminować Lilynette, co oczywiście odbiło się na Starrku. Wspominał on w czasie walki jak byt, którym niegdyś byli, rozdzielił się na dwoje, by nigdy więcej nie zaznać już samotności, na którą był skazany, ze względu na swą ogromną siłę. Pewnego razu do Starrka i Lilynette przybył Aizen, proponując im przyłączenie się do niego. Teraz walcząc dla Aizena właśnie, Starrk poległ po kolejnym ataku Shunsuia. Z całej trójki Espady pozostała już tylko Harribel, która musiała walczyć z trojgiem przeciwników naraz. Przyglądający się jej zmaganiom Aizen wreszcie postanowił samemu przejść do działania. Na początek… ciął Harribel.
Dobra, o ile poprzedni epek był niezły, o tyle ten jest naprawdę dobry. Właściwie wszystko w nim jest dobre. Nie ma tak, jak poprzednio, że efekt psuje jakaś jedna durna scena czy nadmiar pustej gadaniny. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu. A pierwsze skrzypce gra w tym wszystkim druga runda pojedynku Starrka i Kyouraku. I, co tu dużo mówić, animatorzy się przyłożyli. Jasne, może nie jest to ta jakość co choćby w walce Ichigo z Uqiem, ale i tak jest to kawał dobrej roboty i wybija się jakościowo ponad to, co ostatnio oglądaliśmy. Szybkie wymiany ciosów, bardzo ładna kreska, animacja na poziomie i sama walka układająca się w naprawdę fajną akcję. Jednym słowem, coś co tygryski naprawdę lubią. Wspomniałem już, że sama walka ciekawie się układa. Otóż jej przebieg został zdominowany przez gry Kyouraku, a właściwie jego miecza. Gry całkiem ciekawe, warto nadmienić. Okej, okej, ta gra z wygraną dla będącego wyżej, Takaoni, jest zdeka bezsensowna i głupia, przynajmniej moim skromnym zdaniem, ale już dwie pozostałe, Kageoni (zabawa w cienie) i Irooni (gra w kolorki) naprawdę mi się spodobały. Jednak nawet mimo ciekawych umiejętności zaprezentowanych przez Kyouraku i tak kibicowałem w tej walce Starrkowi. Primera ostatnio systematycznie rósł w moich oczach i o ile wcześniej go lubiłem, o tyle teraz, cóż, bardzo go lubię. Starrk to naprawdę świetna postać i wielka szkoda, że tak szybko padł. Pocieszam się tym, że może się jeszcze okazać że jednak przeżył atak Kyouraku. No i tym, że jednak dał całkiem niezły popis, najpierw walcząc z powodzeniem z Kyouraku i Ukitake, dwoma ze ścisłej czołówki kapitanów, potem z Love i Rosem, dwoma spośród najmocniejszych Vizardów, a na koniec znów zawalczył zajadle z Shunsuiem. Wprawdzie jego kariera w serii była krótka, o wiele zbyt krótka jak dla mnie, jednak na pewno była mimo to barwna. Szkoda tylko, że nie mogę napisać tego samego o Harribel. Ta postać, to, nie licząc Yammiego (przynajmniej jak na razie) i Zommariego, najgorsza cząstka całej Espady. Sory, wiem, że Harri ma sporo fanów (ciężko nie mieć, z takim wyglądem) ale nie zmienia to faktu, że w tej „bitwie” nasza trójeczka najzwyczajniej dała pupy i to przepotężnie. Pewnie, musiała w pewnym momencie walczyć jednocześnie z dwiema Vizardkami i kapitanem, ale wcześniej walczyła tylko z Hitsugayą. Hitsugaya, z całym szacunkiem, to jeden z najsłabszych kapitanów, a ona nie potrafiła mu zrobić żadnej poważnej krzywdy. Ba, sama by padła, gdyby nie pomoc Wonderweissa. To Nnoitra miał numer pięć, a prawie zabił Kenpachiego. KENPACHIEGO. A Ulquiorra? Tu już nawet nie ma co porównywać, Ulq wytarłby Tią wszystkie podłogi w Soul Society, Karakurze i Hueco Mundo a potem jeszcze zdążyłby się podłączyć do Matrixa i wykorzystać wszystkie podłoża wirtualne. Boli mnie, że ta postać okazała się tak posysać, bo pierwotnie zapowiadała się wspaniale. Zawsze otoczona łuną tajemniczości, czuło się, że jest potężna, do tego miała świetny dizajn (zwłaszcza jeszcze przed uwolnieniem) no i oczywiście boski głosy Megumi Ogaty. Miała wszystko, by stać się postacią co najmniej genialną. A okazała się lejmić na całego. Tyle dobrego, że przynajmniej tym razem jej walka rzeczywiście była walką i miło się oglądało jak Arrancarka zmaga się z połączonymi siłami Lisy, Hiyori i Hitsugai. Do tego zobaczyliśmy też shikai obu Vizardek – Kubikiri Orochi Hiyori i Haguro Tonbo Lisy. Oba wyglądają nieźle, zwłaszcza wypaśnicki tasak Hiyori, ale póki co nie poznaliśmy żadnych ich zdolności. Wracając jednak do Harribel, za tą część ma u mnie plusa, ale za to co było wcześniej, może spadać. Plusa ma też Aizen, bo zakończył wreszcie daremne starania tej pani i raz jeszcze pokazał swoją cudną mendowatość, fundując nam jednocześnie super megaśne zakończenie odcinka. Na koniec warto jeszcze nadmienić, że twórcy tego epka bardzo sprawnie używali muzyki, co niestety kulało trochę w odcinku poprzednim. A już bardzo ładne użycie jak zawsze fenomenalnego „Soundscape to Ardor” to zdecydowanie jeden w większych plusów odcinka. Odcinka, który ma ode mnie pełne 5/5. Za bardzo fajną akcję, za świetnego Starrka, za mocne zakończenie, za stronę techniczną ponad średnią i za to, że wystrzegł się rażących błędów.
















24 sierpnia, 2010 o 20:36:15
Dobra to w końcu do Bleacha zacząłęm odgladać jakiekolwiek anime – już nadrabiam bo aż mi sie żal zaczyna robić ze omijam te walki ^^
[Odpowiedz]
24 sierpnia, 2010 o 22:13:33
Tak jak Dino uważam że ten ep był lepszy od poprzedniego szczególnie że do walki wrócił my best taicho i pokazał klasę. Zaczynając od początku to nieźle wyszło wyjście z cienia chociaż w mandze jakoś to fajniej wyglądało. Za to duży plus należy się studiu za przedłużenie walki Kyou i Starrka, dzięki czemu mogliśmy dłużej pooglądać popisy Kyouraku i muszę przyznać, że moc jego miecza jest faktycznie cholernie kłopotliwa dla rywali i 1 z najciekawszych dla mnie w całym bleachu. No a ostateczny atak taicho wyszedł całkiem klimatycznie, nawet krew była troszkę bardziej czerwona. Kolejny plus to tekst Kyou do love i rose, za to tego gościa uwielbiam. Co do Starrka to szkoda że już go więcej nie zobaczymy, jak dla mnie było go za mało w bleachu, szkoda że tak fajne postacie mają tak mało czasu antenowego.
[Odpowiedz]
25 sierpnia, 2010 o 11:49:23
Wrócił Kyoraku, pokazł klasę i strasznie mnie to ucieszyło. Szkoda jest mi jednak Starrka. Wiadomo, że kiedyś musiał pasc, bo u Tite żadna zła postac nie ma racji bytu, stawiając w świetle chwały Shinigami. Razem z szulinio więc składam pokłony Pierrotowi za przedłużenie tej walki.
Z kolei Harri dała plamę. I tak jak napisałeś Dino. Od początku czuło się, że jest potężna i gdy Aizen wprowadzi ją do gry, to w pojedynkę wykosi sporą częśc sił Soul Society. Znowu się przeliczyłam, co nie znaczy, że cała walka z Hitsugayą nie była dobra;]
[Odpowiedz]
25 sierpnia, 2010 o 16:52:11
Ten odcinek wyróżnia się od pozostałych – jest jednym z ciekawszych. Aż miło się go oglądało.
[Odpowiedz]
26 sierpnia, 2010 o 19:40:07
Jeden z ciekawszych ostatnio odcinków, ale choć walka wyszła dynamicznie i ogólnie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła to Kyouraku zaprezentował się trochę mniej wypaśnie niż w mandze, tu nie było tak bardzo czuć jego wyższości nad pozostałymi dwoma kapitanami. To jego wyłanianie się z cienia również nie było zbyt estetycznie narysowane, ale no cóż odcinek i tak jest świetny.
[Odpowiedz]
31 sierpnia, 2010 o 19:15:41
Zdecydowanie najlepszy wśród ostatnich dziesięciu epków, ofermy z pierrota bardzo klimatycznie sobie poradziły z flashbackiem Starrka dając do tego Nothing Anymore z 1szej kinówki, bardzo dobrze dobrana muzyka do ostatniej walki z Harribel. 5/5
[Odpowiedz]